Nadawanie światu sensu: Dlaczego edukacja jest kluczem do zmiany

Warunkiem niezbędnym do stworzenia innego świata jest zdolność do wyobrażenia sobie jego kształtu. Wiele systemów edukacyjnych wciąż niesie ze sobą ślady przemysłowych, opartych na państwach narodowych społeczeństw, z których wyewoluowały. Czego potrzebujemy, by umożliwić ludziom stworzenie wizji bardziej zrównoważonego i sprawiedliwego społeczeństwa – a potem jej urzeczywistnienie? O tym w jaki sposób edukacja może urzeczywistnić tę zmianę rozmawiamy z ekonomistką Mają Göpel.

Green European Journal: Świat, w którym żyjemy – od jego struktur ekonomicznych aż po nasze style życia – zorganizowany jest w z gruntu niezrównoważony sposób. Podążamy bardzo niebezpieczną ścieżką. W jaki sposób jego charakter powiązany jest z naszym sposobem myślenia o świecie?

Maja Göpel: W krajach Zachodu istnieje od dawna zakorzeniona tradycja kreślenia podziałów między człowiekiem a naturą. Postrzegamy siebie jako gatunek, który może podporządkować sobie wszystkie pozostałe. Wpływa to na nasz sposób postrzegania i doświadczania świata – w tym na to, z jakim nastawieniem o nim myślimy.

Ideą Oświecenia miało być rozwijanie naszej zdolności do samodzielnego myślenia – tak, abyśmy mogli kształtować nasz los, ale wynikły z tego indywidualizm zaszedł za daleko. Straciliśmy wszelką skromność, stawiając sobie za cel przekształcenie wszystkiego tak, by realizowało nasze pragnienia. Co najmniej od ostatniego stulecia straciliśmy poczucie powiązania z systemami, od których zależymy. Postrzegamy świat fragmentarycznie. Na kawałki, które widzimy, próbujemy nakleić metki z ich ceną, tracąc z pola widzenia podtrzymujące nas sieci życia i możliwość czerpania nie tylko z poszczególnych elementów, ale również ze spajających je powiązań.

Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
This article is from the paper edition
Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
Order your copy

Niektórzy widzą w przejściu do bardziej zrównoważonego świata przede wszystkim kwestię techniczną, związaną z regulacjami. Inni z kolei – jako proste zadanie przejęcia władzy politycznej. Co jednak z kształtowaniem sposobu, w który patrzymy na świat? Jak ważne dla zmiany społecznej są nowe koncepcje, narracje czy język?

Esencją liberalnych społeczeństw – przynajmniej w momencie, gdy kształtowała się ta idea – było rozmawianie o tym, dokąd chcemy dojść i w jaki sposób osiągnąć możemy ten docelowy stan. Zakładając, że nie chodzi nam o ich wymuszanie dekretami, prawomocność tych wizji opiera się na tym, w jaki sposób ludzie postrzegają świat, jak objaśniane i prezentowane nam są poszczególne propozycje.

To, w jaki sposób patrzymy na świat, zmieniało się już kiedyś fundamentalnie – dobrym tego przykładem może być chociażby przewrót kopernikański. Kiedy czyta się Raport Brundtland z roku 1987 [1] możemy przypomnieć sobie o nieco mniej odległym momencie skromności ludzkości – o fotografii skrzącej się zielenią, błękitem i bielą planety, która została uwieczniona przez załogę Apollo 17 w roku 1972. Jej zdjęcie uświadomiło nam konieczność zrozumienia mechanizmów, stojących za funkcjonowaniem naszej planety – tak, by mogła ona pozostać dla nas przyjazna. Od idei jej podporządkowania przeszliśmy do bycia jej opiekunami. Tak szeroko zakrojona zmiana naszego podejścia wiązać się rzecz jasna będzie ze sposobem kształtowania naszych instytucji i celów. Z tego też powodu nasze systemy edukacyjne muszą być w forpoczcie działań, wzmacniających zdolności ludzi do nadawania sensu swojemu istnieniu w zmieniającym się świecie.

Zadaniem szkoły jest przygotowywanie ludzi do życia w otaczającym ich świecie. Jaka jest rola szkoły – i szerzej, edukacji – w zmianie naszego sposobu myślenia?

Szkoła pozostaje ważna, ponieważ to w latach naszej młodości jesteśmy kształtowani w najbardziej brzemienny w skutki sposób. Proces ten ma silny wymiar kulturowy. Poza poszerzaniem wiedzy mamy do czynienia z istnieniem, wchodzeniem w interakcje oraz kształtowaniem tego, na czym nam zależy. W naszych społeczeństwach – Niemcy znam tu najlepiej, ale obserwacja ta pasuje do wielu krajów Zachodu – edukacja skupia się głównie na porównywaniu postępów, ich mierzeniu oraz udowadnianiu zapoznania się z kanonem wiedzy. Nie składnia do poszukiwania własnej drogi, rozumienia wpływu otoczenia w którym dojrzewasz na twoje funkcjonowanie w świecie czy do znajdowania własnej równowagi między współtworzeniem a współzawodnictwem. Oceny szkolne są jednym z przykładów na uprzemysłowiony charakter obecnych systemów edukacyjnych – tak, jakby zakładano, że normowanie i szeregowanie młodych ludzi miało pomóc im w swobodnym rozwoju i byciu szczęśliwymi.

Efektem tej sytuacji jest to, że uczennice i uczniowie troszczą się głównie o swoją pozycję w systemie i to, w jaki sposób mogą ją poprawić. Dzisiejsze elitarne szkoły obiecują rodzicom odpowiednio wysokie oceny oraz sieci kontaktów, dzięki którym ich dzieci będą mogły zajmować wpływowe pozycje. Potrzebujemy tymczasem skupiania kształcenia na rozumieniu społeczeństwa oraz stojących przed nim w XXI wieku wyzwań. Organizacje, takie jak UNESCO, działają na rzecz upowszechnienia się tego spojrzenia, prezentując zarysy edukacji na rzecz zrównoważonego rozwoju, globalnego obywatelstwa oraz przydatnych w przyszłości umiejętności. Rozprzestrzenianie się tego spojrzenia dzieje się jednak boleśnie powoli.

Systemy edukacyjne muszą być w forpoczcie działań, wzmacniających zdolności ludzi do nadawania sensu swojemu istnieniu.

Nauczanie umiejętności przyszłości opiera się na założeniu, że umożliwianie ludziom wyobrażenia sobie różnych scenariuszy poszerzy ich horyzonty. W Niemczech rośnie zainteresowanie tego typu umiejętnościami i ich stosowaniem w zróżnicowanych kontekstach społecznych oraz na różnych etapach życia – również w ramach systemu kształcenia osób dorosłych (Volkshochshule), oferującego otwarte dla wszystkich, przystępne cenowo i zróżnicowane tematycznie kursy, takie jak nauka języków, joga, matematyka czy programowanie.

Technologie mają szereg pozytywnych zastosowań – w tym również w edukacji. Czy jednak nie pojawia się tu ryzyko, że nasze przyklejenie do ekranów ograniczy zdolność do samodzielnego myślenia?

Ostatnimi czasy w niemieckich szkołach można było obserwować spore zainteresowanie kwestiami cyfryzacji. Mamy tu Cyfrowy Pakt dla Szkół, za którym idzie sporo pieniędzy, skupia się on jednak na umieszczaniu sprzętu w placówkach edukacyjnych, a nie na szkoleniu nauczycieli po to, by poszerzali umiejętności cyfrowe uczennic i uczniów. Nie chcemy nauczyć wszystkich jedynie użytkowania aplikacji, które mogą być stworzone przez innych po to, by nami manipulować. Powinniśmy rozwijać zrozumienie tego, w jaki sposób przestrzenie cyfrowe i hybrydowe kształtują nasze społeczeństwa, formy komunikacji i interakcji – tak, byśmy mogli na serio rozmawiać o tym, czemu to ma służyć.

Wiele badaczek i badaczy czyni rozróżnienie między ludzką kreatywnością a sztuczną inteligencją, opierającą się przede wszystkim na wzorcach z przeszłości. Stworzenie czegoś zupełnie nowego pozostaje umiejętnością zarezerwowaną dla człowieka – tak jak empatia. Straciliśmy jednak fascynację potencjałem naszego gatunku oraz świata ożywionego. Zamiast tego ekscytujemy się robotami, które wyglądają jak ludzie. Hej – już w tym punkcie jesteśmy! Czas zająć się wynajdywaniem czegoś, co podtrzymuje życie na ziemi, a nie je zastępuje.

Czy powinniśmy kształtować nasze systemy edukacyjne tak, by poszerzać horyzont ludzkiej wyobraźni?

Ponowne zainteresowanie się przestrzenią wyobraźni uważam za coś kluczowego. Ruchy, łączące ze sobą świat nauki, sztuki i prawodawstwa zajmują się właśnie ta kwestią. W pewnym sensie jest to efektem selekcji. Ludzie, chcący wykorzystywać swoją wyobraźnię, zepchnięci zostali do pola kultury i sztuki – od wszystkich innych oczekuje się, że będą „realistyczni”. Musimy umożliwić większej ilości osób dokonanie kroku wstecz, kwestionowania głębszego celu realizowanych działań oraz wyobrażenie sobie wykonywania ich w zupełnie innym kształcie – bez nakładania na nich łatki utopistów. Koniec końców to właśnie wielkie idee mobilizowały energię i naszą uwagę, umożliwiając zmienianie teraźniejszości i realne zmiany na świecie.

Podważanie status quo jest kluczem dla innowacji. Jako dzieci robimy to bezustannie. Pytamy: Dlaczego? Dlaczego tak musi być? To podejście, które każe zastanowić się nam nad tym, czy możemy robić różne rzeczy inaczej. Spojrzenie na świat oczami dziecka może pomóc nam stworzyć przestrzeń dla naszej wyobraźni – dla cieszenia się możliwością odkrywania, a nie trwożeniem się przed utratą kontroli.

Otwarcie się na wizję pożądanej przyszłości jest czymś niezwykle motywującym. Możemy rozmawiać o tym co musiałoby się stać, by wizja zmieniła się w rzeczywistość. Musimy przestać lekceważyć wyobraźnię i marzenia. Przestać relegować je do sfery prywatnej, sztuki czy religii.

Spojrzenie na świat oczami dziecka może pomóc nam stworzyć przestrzeń dla naszej wyobraźni – dla cieszenia się możliwością odkrywania.

Co zaś z samymi szkołami? Chodziłaś do alternatywnej placówki. W jaki sposób cię ona ukształtowała? Czy kierowała się jakimiś zasadami, które chciałabyś widzieć wdrażane we wszystkich szkołach?

Za element kluczowej wagi dla funkcjonowania szkoły, w której się uczyłam, uważam przejrzyste kryteria przyjęcia, których celem było stworzenie mieszanki osób z różnych kontekstów społecznych. W naszej grupie nie mogło być np. za dużo osób pochodzących z akademickich domów. Celem było to, by klasa stanowiła odzwierciedlenie zróżnicowania lokalnej społeczności. Uwagę zwracano również na wspólne uczenie się. Zawsze istnieje grupa uczennic i uczniów, dla których zrozumienie materiału przychodzi łatwiej, jak i taka, dla których stanowi to większe wyzwanie. Czasem zatem uczysz, czasem zaś jesteś uczony. W rezultacie nie tylko udaje się lepiej zrozumieć materiał, ale również zmusza się do podjęcia próby zrozumienia tego, jak funkcjonują mózgi innych ludzi – oraz że każda i każdy z nas uczy się inaczej.

Inną ważną kwestią był szeroki zakres tematów, o których mówiliśmy. Mieliśmy dostęp do ogródka szkolnego czy warsztatów z obróbki drewna i metalu. Robiliśmy dżemy i dyskoteki, nie mogliśmy narzekać na nudę na naszych placach zabaw. Doświadczaliśmy mnóstwa rzeczy, a nikt z nas nie był mniej lub bardziej ważny. Od ósmej klasy tworzyliśmy samodzielne projekty, zachęcano nas również do zapoznawania się z konkretnym przedmiotem, który wydawał się nam szczególnie interesujący. Zajęłam się wówczas obserwacjami astronomicznymi księżyca za pomocą teleskopu oraz samodzielnym robieniem zdjęć jego powierzchni. Ten alternatywny proces odnajdywania własnej drogi do rozumienia i poznawania świata uważany był za równie sensowny, co pisanie akademickich wypracowań z toną przypisów. Punkt ciężkości stawiany był na podkreślanie, że istnieje szerokie spektrum sposobów na to, by świat zaczął dla nas mieć sens. Jaki jest twój sposób uczenia się i tok myślenia? W jaki sposób możesz wyciągnąć to, co w tobie najlepsze? To właśnie te założenia stały za tym, że aż do ostatnich dwóch klas nie byliśmy oceniani. Był to sygnał, że istnieje wiele sposobów na sensowne zaangażowanie się w otaczający nas świat.

Brzmi to na dobry balans między samodzielnością a współpracą.

Owszem — polega na podążaniu za tym, co sprawia nam radość. Moja córka uczęszczała do dwóch szkół. Pierwsza z nich była konwencjonalna w byciu źródłem ogromnej presji na osoby uczące się w niej, zachęcając je do konkurowania ze sobą poprzez ich ocenianie. Uczennice i uczniowie byli wywoływani przed całą klasą, przez co dodatkowo musztrowano ich mieszanką wstydu i dumy. Teraz z kolei chodzi do placówki, która wykorzystuje zainteresowanie młodych osób poznawaniem świata do tego, by im pomagać. Wraz z koleżankami i kolegami są zafascynowani greckimi bogami – nauczyciel zdecydował się zatem na poszerzenie tego bloku tematycznego poprzez wpisanie w jego ramy również innych celów. W rezultacie zajmowali się wynajdywaniem własnych bogiń i bogów, pisali wypracowania o tym, czego byli opiekunami (i skąd taki wybór) oraz tworzyli komiksy tłumaczące w jaki sposób ich postaci dopełniłyby panteon.

Ta elastyczność — wyczuwanie entuzjazmu wobec danego tematu, a następnie dostosowywanie planu czy metody nauczania umożliwiające połączenie go ze spełnieniem wymogów programu nauczania — stanowi przykład najwyższej próby sztuki nauczania. Generuje zupełnie inną energię. U swojej córki dostrzegam realną różnicę w jej podejściu do uczenia się oraz wizji tego, czemu to ma służyć. To dla mnie kluczowa sprawa.

Rozmawialiśmy o edukacji jako narzędziu, które pomaga ludziom spojrzeć na świat pod innym kątem – a może nawet, miejmy nadzieję, zmieniać go. Czy ruch ekopolityczny dostatecznie mocno zajmuje się tematem edukacji? Czy nie ma w nim za dużo skupiania się na kwestiach rozwiązań technicznych, za mało zaś na pracy nad tym, w jakim społeczeństwie chcemy właściwie funkcjonować?

To trudne pytanie. Pamiętam, jak po prześledzeniu dyskusji i sporów wokół opublikowanego w roku 1972 raportu „Granice wzrostu” jego współautor, Dennis Meadows, przyznał, że zapomniano o uwzględnieniu w zbiorze fundamentalnych kwestii — obok społecznych, środowiskowych i gospodarczych — również i kultury. Zauważam ten brak w dwóch aspektach. Po pierwsze, w naszym rozumieniu tego, co uważamy za udane życie oraz odpowiednie zachowanie. Jak to możliwe, że np. uważamy za właściwe nasze podejście do zwierząt, w którym każdego dnia mamy mieć na stole tanie mięso? Czy aby na pewno polityczne zmierzenie się z tym wyzwaniem, umożliwiające nam redukcję emisji gazów cieplarnianych, stanowi ograniczenie naszej wolności?

Ruch ekopolityczny tak często oskarżany był o moralizowanie, że obecnie często woli argumentować na rzecz swoich postulatów językiem ekonomii czy technologii — np. dowodząc, że pomogą one w kontrolowaniu wydatków na zdrowie. Istnieje oczywiście przestrzeń na bardziej techniczne podejście, ale jeśli będziemy wstydzić się o rozmowy o kwestiach etycznych będziemy tracić z oczu to, o czym właściwie rozmawiamy. Rewolucja moralna, jak zauważa m.in. filozof Kwame Anthony Appiah, napędzana jest uczuciami oraz kwestiami reputacyjnymi, nie zaś ekonomicznymi. Każda firma powinna być w tanie przedstawić wpływ swoich działań na społeczeństwo i środowisko. W ten sposób moglibyśmy połączyć te perspektywy i pokazać, w jaki sposób kwestie ekonomiczne mogą wspierać nasze osądy moralne. By tak jednak się stało potrzebujemy innej opowieści o tym, dokąd zmierzamy oraz punktów odniesienia, które będą nas wspierać w tym dążeniu.

Po drugie, istotny jest sposób, w jaki wyobrażamy sobie kulturę jako ramy działania i doświadczeń. Wspólne wartości, pomagające nam w zdefiniowaniu tego, co uważamy za dopuszczalne zachowanie (lub nie) są kluczowe dla każdego społeczeństwa, chcącego uniknąć nadmiernego nadzoru i kontroli. Tego typu wartości stanowią podstawę jakiejkolwiek umowy społecznej, znajdując swe odzwierciedlenie w systemach prawnych.

Zauważamy dziś szeroko rozpowszechnione przekonanie, że żyjemy w okresie wydłużonego, wielowymiarowego kryzysu, kiedy to stojące za naszymi instytucjami opowieści przestają działać. W tym właśnie kontekście często przywoływane są słowa Gramsciego o tym, że „to, co stare umiera, gdy nowe jeszcze się nie narodziło”. Dlaczego sądzisz, że pozostają one aktualne?

Tak jak w wypadku każdego myśliciela, tak również i tu kluczową sprawą jest mówienie o jego koncepcjach, mając z tyłu głowy kwestię tego, co próbował zrozumieć. Na jakie pytanie próbował on odpowiedzieć? Koncepcja hegemonii tłumaczyła, w jaki sposób możliwe jest utrzymanie władzy przy możliwie jak najmniejszym oporze — nawet w sytuacji nierówności. Według Gramsciego to narracje tłumaczą, dlaczego świat wygląda, jak wygląda. Pełnią funkcję kulturowego kleju, porządkując debatę publiczną i uprawomocniając różne role społeczne.

Trudno zmienić rzeczywistość, gdy dominująca narracja bliska jest codziennym doświadczeniom ludzi. Status quo zaczyna się jednak chwiać, kiedy narracja ta przestaje udzielać przekonujących odpowiedzi na problemy społeczne. Mamy dziś do czynienia z załamanie się trzech głównych opowieści ostatnich 40 lat. Pierwszą z nich jest ta o tym, że możliwe jest pełne rozłączenie wzrostu gospodarczego od szkodzenia środowisku. Mimo, iż przez całe dekady był to nasz deklarowany cel nie ma dowodów na to, by był możliwy. Drugą — koncepcja ekonomii skapywania. Obniżki podatków dla najbogatszych nie zachęcają ich do inwestowania w realną gospodarkę, chyba że mają poczucie, że mogą czerpać z tego korzyści. Ich obecnymi priorytetami jest pogoń za rentą oraz spekulacje. Trzecią — koncepcja, że to, co dobre dla świata finansów, przyniesie korzyści również dla realnej gospodarki. To, że sektor ten, odizolowany od rzeczywistego świata, wzbogaca się i ukrywa swe zyski przed urzędami podatkowymi wydaje się dziś wszystkim oczywiste.

Rozpad tych narracji przyczynił się do złamania hegemonii konsensusu waszyngtońskiego. Pod kątem politycznym wiąże się to ze strukturalnymi kryzysami, na które nie działają już dotychczasowe ich wytłumaczenia. Otwiera się zatem okno możliwości dla realnej zmiany. Muszą jej towarzyszyć nowe opowieści, które pozwolą połączyć w realizacji wspólnego celu zróżnicowane grupy. W idealnym scenariuszu jak największa część z nas powinna być wykształcona (i zachęcona) do udziału w tworzeniu tych nowych wizji, narracji oraz działań. Byłby to doskonały scenariusz dla liberalnych społeczeństw i odnowy demokracji.

Musimy zatem zbudować tę nową narrację, a edukacja może nam w tym pomóc?

Zdecydowanie!

[1] Raport Brundtlant (znany również jako „Nasza wspólna przyszłość”, ang. Our Common Future), opublikowany w roku 1987 przez międzynarodową grupę polityków, urzędników oraz ekspertów z dziedziny środowiska i rozwoju, zwrócił uwagę na istotne znaczenie zrównoważonego rozwoju, prezentując jego powszechnie dziś akceptowaną definicję.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

Krytyczne myślenie. Polityczność nauki i zachodzące w niej zmiany

Francja była niegdyś krajem Oświecenia. Dziś z kolei obserwujemy szeroko rozpowszechnioną (i rosnącą) nieufność opinii publicznej wobec nauki. Argumentowanie za swoimi przekonaniami, podobnie jak i krytyczne spojrzenie na rzeczywistość, stanowią kluczowe elementy demokratycznej debaty. Kiedy jednak nie można porozumieć się co do faktów… zaczynają się kłopoty. Edouard Gaudot rozmawia z fizykiem Étienne Kleinem o tym, jak zmieniają się opinie o nauce oraz o roli edukacji.

Edouard Gaudot: Wydaje się, że od co najmniej 15 lat mamy do czynienia z rosnącym sceptycyzmem opinii publicznej – zjawiskiem, które dodatkowo wzmocniła pandemia. Czy tracimy zaufanie do nauki?

Étienne Klein: Opublikowany w roku 2021 raport Francuskiej Rady Analiz Ekonomicznych wziął pod lupę kwestię tego, w jaki sposób pandemia koronawirusa wpłynęła na gospodarkę, dobrostan umysłowy oraz zaufanie do nauki w Europie. Co ciekawe poziom tego ostatniego utrzymał się w okolicach 90%. Musimy jednak na ten wskaźnik patrzeć się z pewną rezerwą – nie wiemy dokładnie, do czego się odnosi. Mimo tego nie da się ukryć, że pozostaje wysoki.

Pytanie „czy ufasz naukowcom?” może być rozumiane na kilka sposobów. Po pierwsze: czy wierzysz, że naukowcy mówią prawdę – a jeśli tak, to czy dotyczy to całej tej grupy, czy jedynie tych, których wolisz słuchać? Po drugie: czy wierzysz w naukę jako proces generowania wiedzy – obiektywnych, „naukowych” rezultatów? Po trzecie: czy wierzysz, że nauka jest w stanie odpowiedzieć na stojące przed nami wyzwania, związane z ekologią, klimatem, różnorodnością biologiczną itd.?

Koncepcja wątpliwości – niezbędnych w badaniach naukowych – skolonizowała dziś samą ideę nauki jako takiej.

Niezależnie od tego, jak ktoś rozumie przytoczone tu pytanie, zaufanie do nauki w większości krajów Europy pozostało na mniej więcej stabilnym poziomie. Wyjątkiem okazuje się tu Francja, gdzie w 18 miesięcy spadło ono o 20 punktów procentowych. Co stoi za tym „wyjątkiem kulturowym”? Czy sposób, w jaki nauka i związane z nią badania były prezentowane w trakcie pandemii? Czy dyskusje nie skupiały się za mocno na osobowościach? A może kontrowersje wokół tematu zostały sztucznie napompowane?

Wydaje mi się, że nie chodzi tu tak bardzo o to, że nie ufamy ekspertom. Bardziej o to, że przestrzeń w dyskusji znajduje więcej nowych głosów. Jeszcze kilka lat temu nie mogły one liczyć na podobną widzialność. Czy mamy zatem do czynienia ze swego rodzaju demokratyzacją naszych relacji z wiedzą oraz nauką? A może bardziej z niezrozumieniem tego, czym nauka właściwie jest? Moja hipoteza jest taka, że mylimy naukę z badaniami. Koncepcja wątpliwości – niezbędnych w badaniach naukowych – skolonizowała dziś samą ideę nauki jako takiej.

Paradoksalnie byłby to pewien postęp dla krytycznego myślenia.

Krytyczne myślenie może być czymś dobrym lub złym. Z tym pierwszym mamy do czynienia wówczas, gdy na krytykę wystawiamy własne spojrzenie. Wszelka prawdziwa myśl jest z definicji krytyczna. „Myśleć oznacza myśleć w kontrze do twego mózgu” – stwierdził niegdyś filozof Gaston Bachelard. Jeśli jednak nieustannie umacniasz w sobie istniejący tryb myślenia poprzez błąd konfirmacji to nie możesz twierdzić, że wciąż jeszcze myślisz. Krytyczne myślenie, które widzę szczególnie w komentarzach internetowych, polega przede wszystkim na krytykowaniu toku myślenia innych – nie zaś własnego.

Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
This article is from the paper edition
Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
Order your copy

W jaki sposób rozróżniasz zatem zdrowe kwestionowanie informacji od niezdrowego, spiskowego toku rozmumowania?

Nie możemy tu od razu przeskakiwać do teorii spiskowych – istnieją bowiem takie ich formy, które są nie tyle irracjonalne, co hiperracjonalne. Kierują się one zasadą minimalnej przyczynowości, w której niewielki zestaw czynników tłumaczyć ma nam wszystkie zjawiska, z którymi mamy do czynienia. Rozmawiałem niegdyś z osobą kierującą się tego typu tokiem myślenia – pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to niezwykle umiejętne używanie argumentów naukowych, odwracających ciężar dowodu. Kiedy poprosiłem ją o udowodnienie, że istnieje jakiś spisek, usłyszałem „udowodnij, że go nie ma”, co jest nie do zrobienia. Dowodziła, iż brak dowodów nie jest dowodem na brak (spisku), co swoja drogą jest stwierdzeniem prawdziwym!

W swojej książce Truth and Thruthfullness z roku 2002 filozof Bernard Williams tłumaczy, że w postmodernistycznych społeczeństwach takich jak nasze stykamy się z dwoma przeciwstawnymi nurtami myślenia które – w dość perwersyjny sposób – stanowią paliwo dla siebie nawzajem zamiast ze sobą rywalizować. Pierwszym z nich jest coś, co nazwał „przyjemnością szczerości” (pleasure of truthfullness). Zakłada on, że nasze europejskie społeczeństwa są wykształcone i dobrze poinformowane, zatem opinia publiczna nie ma ochoty być oszukiwana przez komunikaty ze strony władz, elit, instytucji czy rozmaitych grup nacisku. Pragnienie tego, by nie być oszukiwanym, jest rzecz jasna czymś absolutnie zdrowym w demokracji. Należy je wzmacniać, bowiem opiera się na przekonaniu o niemal organicznej więzi między wiedzą a „Rzeczpospolitą”.

Pandemia obnażyła ograniczenia skierowanej do masowej widowni komunikacji popularnonaukowej.

To zdrowe pragnienie szczerości powinno być nakierowane na identyfikowanie prawdy. Williams wskazuje jednak na fakt, iż w rzeczywistości przyczynia się do rozprzestrzeniania się w społeczeństwie krytycznego ducha, który podminowuje przekonanie o istnieniu pozytywnie zweryfikowanej prawdy. Kiedy tylko stykamy się z jakąś prawdą zaczynamy zadawać sobie pytanie o to, czy aby na pewno takową prawdą jest. Czy nie zależy to przypadkiem od kontekstu? Czy informacja nie została zmanipulowana? Pragnienie prawdziwości w rezultacie skutkuje zaprzeczaniem prawdzie, a to z kolei generuje nieufność wobec ośrodków władzy – dyskursów politycznych, instytucjonalnych czy eksperckich.

Dynamika ta zauważona została jeszcze przed pandemią koronawirusa. Obnażyła ona ograniczenia skierowanej do masowej widowni komunikacji popularnonaukowej. Przekonuje ona tylko tych, którzy są już do niej przekonani – spora część opinii publicznej nie miała bezpośredniego kontaktu z argumentacją naukową. Zamiast niej korzystają z innych źródeł. Chcę przy tym jasno powiedzieć, że nie chcę robić wrażenia powielania elitarnego spojrzenia na świat. Nie jest tak, że mamy do czynienia z podziałem na naukowców po jednej i opinię publiczną po drugiej stronie barykady. Zajmujące się nauką osoby mają przecież kompetencje, ograniczające się do ich dyscypliny oraz jej okolic.

Nie bronię tu również akademickiej koncepcji demokracji. Obywatelka czy obywatel, który nie wie niczego o nauce jest nie gorszym obywatelem niż ten, który się nią interesuje. Obawiam się jednak tego, że część opinii publicznej może z łatwością być poddana manipulacji. Należy zatem zadać pytanie o to, w jaki sposób możemy minimalizować to ryzyko. Jeśli zależy nam na rzetelnej, demokratycznej dyskusji o technologiach musimy być pewni, że aktywizm i partycypacja społeczna opiera się na odpowiednim poziomie zgromadzonej wiedzy.

Sednem rozmowy o relacji między nauką i władzą jest pytanie o to, w jaki sposób wiązać wiedzę naukową o kwestiach, takich jak utrata różnorodności biologicznej czy zmiana klimatu, z debatą publiczną i podejmowanymi w tych kwestiach działaniami.

To wątek, który zastanawia również i mnie – nie mam w tej kwestii żadnych gotowych rozwiązań. Jeśli chodzi o technologie i ekologię zauważam, że aktywizmowi nie zawsze towarzyszy odpowiednia wiedza na dany temat. Przynajmniej we Francji. Tu jest tak, że posiadanie jasnego stanowiska za lub przeciwko czemuś zdaje się stanowić wymówkę od obowiązku doinformowania się w danej materii. Ledwo wiemy, czym są np. organizmy modyfikowane genetycznie (GMO), w jaki sposób działają reaktory jądrowe czy jakim cudem nasze telefony komórkowe wysyłają wiadomości na drugi koniec świata. Kiedy jednak o kwestie te pyta się nas osoba pracująca w ośrodku badania opinii nie mamy skrupułów, by odpowiedzieć „tak” lub „nie”. W jaki sposób wytłumaczyć tę gotowość? Tak naprawdę dokonujemy oceny nie tyle samych technologii, lecz obrazów, które z nimi utożsamiamy. Każda z nich, jak zauważył filozof Gilbert Simondon, generuje wokół siebie „efekt halo”, świecąc symbolicznym światłem – czasem ocenianym przez nas pozytywnie, czasem zaś negatywnie. Obraz ten wykracza poza rzeczywistość i rozlewa się na otoczenie tych technologii, przesłaniając nam możliwość ujrzenia ich takimi, jakimi są.

Obserwacja ta uświadamia nam, gdzie leżą granice opracowanego przez Encyklopedystów projektu Oświecenia. Wierzyli oni, że upowszechnianianie się obiektów technologicznych w populacji przyczyni się do lepszego zrozumienia stojących za nimi zasad naukowych. Technologia stałaby się zatem rozsadnikiem pedagogiki – samo jej istnienie edukowałoby ludzi o naukach, dzięki którym zaistniała. Widać dziś, że tak jednak się nie dzieje. Nawet student politechniki może mieć problem z objaśnieniem mechanizmów działania telefonu komórkowego czy wspomnianej już opcji natychmiastowej wysyłki wiadomości na ekran w dowolnym miejscu globu. W efekcie wytwarzane są magiczne relacje z przedmiotami techniki. Łatwość ich użytkowania nie zależy od naszej wiedzy o tym, jak działają.

We wstępie do swej książki, Le Contrat naturel, filozof Michel Serres skrytykował nasze coraz bardziej oddalające się od siebie trajektorie edukacyjne. Z jednej strony mamy do czynienia z edukacją naukową, skupiającą się na opisywaniu świata, z drugiej zaś z edukacją z zakresu humanistyki, gdzie mamy do czynienia z formułowaniem propozycji jego zmiany.

Nie jest to tak celne spostrzeżenie w wypadku Niemiec – a to dzięki promowaniu edukacji technicznej oraz kształcenia się przez całe życie. We Francji mamy jednak do czynienia z pewnym realizowanym już w młodym wieku określeniem ścieżki życiowej. Poszczególne dyscypliny nauki czy aspekty matematyczne używane są do wyboru elity, która zaludni następnie ściany Grandes Écoles. Powinniśmy tymczasem znacznie bardziej martwić się ogólnym poziomem wykształcenia społeczeństwa.

Jeszcze do niedawna mogłeś we Francji przestać interesować się matematyką w wieku 16 lat. Mogłeś ją liznąć i – jeśli nie szło ci z nią dobrze – tak też miało pozostać do końca życia. Kształciłem różnego rodzaju grupy i mogę potwierdzić, że tak właśnie powstają szklane sufity. Uniemożliwiają one pewnym ludziom (niezależnie od ich realnej bystrości) wykroczenie poza szkolne traumy i uwierzenie w to, że są w ogóle w stanie myśleć o nauce.

Jak – w idealnym świecie – wyglądałby europejski system edukacyjny? Z jaką wiedzą powinniśmy opuszczać szkolne mury?

Pytanie o to, czego właściwie uczyć to delikatna materia. Wszelka wiedza jest – dla zainteresowanych nią osób – dostępna w Internecie. Czego zatem możemy nauczyć, czego nie możemy dowiedzieć się samodzielnie?

Uważam, że nauczanie powinno zatem skupiać się na uczeniu. Uczeniu liczenia, pisania, rozumienia czy argumentacji. Poza kładzeniem podwalin pod późniejsze samokształcenie powinniśmy również próbować podkreślić to, co Einstein nazywał „erotyzmem problemów” – sposobu przedstawiania różnych spraw, który uzależni nas od emocji, opowieści, postaci oraz paradoksów związanych z wiedzą. To sposób na wykorzystanie głębokiej wewnętrznej radości, pojawiającej się w mózgu wówczas, gdy udaje się nam wreszcie zrozumieć coś, co próbowaliśmy pojąć naszym umysłem. Rozumienie, znajdywanie klucza umożliwiającego dane odkrycie, sprawdzenie podstawowego prawa fizyki – to wszystko napędza twoje działanie, wytrącając z normalnego sposobu obecności w świecie. Bez tego zostalibyśmy sami z kiepską wiedzą, którą na dodatek trudno by nam było w ogóle odróżniać od naszych przekonań.

Z tego też powodu parę lat temu zasugerowałem (byłemu francuskiemu ministrowi edukacji) Lucowi Ferry’emu, by co roku – od przedszkola po koniec szkoły podstawowej – opowiadać historię odkryć. Taką prawdziwą, a nie jej legendę: o tym, jakie podnoszono argumenty i jak to się stało, że w którymś momencie prawie wszyscy zaczęli się ze sobą zgadzać w danej kwestii. Lekcje te byłyby obowiązkowe, ale nie podlegałby ocenie. W ten sposób, na konkretnych przykładach, można by było uczyć o różnicy między wiedzą a wiarą.

Czy możemy dokonać demokratyzacji nauki? Mieć naukę obywatelską bez szkody dla samej nauki?

Nie lubię mówić o „demokratyzacji nauki”. To bardzo niejednoznaczne sformułowanie. Zakłada ono, że nauka jest ze swej natury demokratyczna, albo też może się taka stać. Tymczasem nie tylko nie jest, ale też nie chce taką być. Rezultatów badań naukowych nie da się poddać pod głosowanie. David Hume stwierdził, że prawda stanowi jedyne ograniczenie dla suwerenności ludu. Jeśli znacząca większość ludzi uznałaby, iż Ziemia położona jest w centrum Układu Słonecznego i to Słońce kręci się wokół niej to nie czyniłoby to żadnej różnicy dla prawdziwości stwierdzenia, że to nasza planeta okrąża Słońce.

Obywatelskie prawo do zadawania pytań, badania, posiadania własnej opinii czy konfrontowania się z badaczami i rządami pozostaje prawem absolutnym. Na pytania tego typu należy odpowiadać tak uczciwie, jak to tylko możliwe. Posiadanie własnego zdania nie jest jednak tożsame z posiadaniem wiedzy o tym, czy dane stwierdzenie naukowe jest prawdziwe bądź fałszywe.

Co więcej, niezależność prawdy naukowej nie odbiera niczego wolności jednostki. Ani Newton, ani Darwin, ani Einstein nie byli potencjalnymi dyktatorami. To właśnie ta niezależność pozwala chronić wolność – przynajmniej w demokracji. Kiedy ośrodki władzy kłamią, zwodzą czy się mylą jednostka może wykorzystać dostępne prawdy do tego, by zakwestionować ich działania.

Co jednak np. w wypadku badań nad AIDS? Olbrzymi postęp w tej dziedzinie możliwy był dzięki naciskom ze strony pacjentów.

To prawda – tyle że w tym wypadku mówimy o nauce partycypacyjnej. We Francji stało się podobnie w kwestii różnorodności biologicznej dzięki spisywaniu zagrożonych gatunków. Realizowali je ludzie, którzy nie przebywali w laboratoriach, tylko pomagali pozyskać wiedzę poprzez rezultaty własnych działań, które następnie były zbierane, agregowane i analizowane przez innych. Pacjenci z nową, nie do końca rozpoznaną chorobą, zdobywają o niej wiedzę, która może z kolei pomóc lekarzom, kierując ich uwagę na wątki, na które sami z siebie mogliby nie wpaść.

Niezależność prawdy naukowej nie odbiera niczego wolności jednostki.

Kiedy – jak widać mylnie – mówimy o demokratyzacji nauki tak naprawdę chodzi nam o demokratyzację władzy, którą daje nauka.

Owszem. Zachęcanie ludzi do brania udziału w przedsięwzięciach naukowych to świetna sprawa. Pozwala nam zrozumieć chociażby zróżnicowane metodologie.

Pandemia była pod tym względem historyczną okazją do objaśnienia wspomnianych metodologii szerszej opinii publicznej – i to właściwie w czasie rzeczywistym. W bardzo przystępny sposób można było wyjaśnić zasady podwójnie ślepej próby, eksperymentu randomizowanego, efektu placebo czy odpowiedniego wykorzystywania statystyk – często nieintuicyjnego. Przykładem może być sławne dziś tłumaczenie przez Angelę Merkel w trakcie konferencji prasowej znaczenia funkcji wykładniczej. Tego typu działania edukacyjne powinny pojawiać się w każdym wieczornym serwisie informacyjnym.

Czy powinniśmy zatem oddać władzę naukowcom?

Nie. Nauka generuje wiedzę, ale również niepewność – i to szczególnego typu. Wiedza naukowa nie daje nam jeszcze wiedzy o tym, co należy z nią zrobić. Dzięki biologii wiemy, jak można tworzyć organizmy modyfikowane genetycznie, ale sama nauka nie mówi nam, czy powinniśmy to robić, czy też nie.

Nauka nie jest już dziś zanurzona w koncepcji postępu. Samo słowo „postęp” używane jest zresztą coraz rzadziej. Niemal zupełnie zniknęło ono z debaty publicznej, ustępując miejsca „innowacji”. Można by uznać, że zmiana ta tak naprawdę nie zmienia niczego, jako że do pewnego stopnia są one synonimami. Gdy jednak popatrzy się uważnie okazuje się, że dyskurs wokół innowacji stanowi radykalne zerwanie z retoryką postępu. Wiara w postęp polegała na zgodzie na ofiarowaniu pewnych teraźniejszych jednostkowych korzyści na ołataru idei wspólnej przyszłości – realnej i pożądanej. By tego typu ofiara miała znaczenie konieczne jest jednak przywiązanie do świata i jego przyszłości. Czy obecny brak tego typu przywiązania nie skutkuje przypadkiem zanikiem użycia słowa „postęp” i jego ograniczeniem do poziomu „innowacji”, będących słowem-kluczem we wszelkich politykach dotyczących badań?

Słuchając dzisiejszych debat możemy zauważyć, że dziś najważniejsze staje się nie realizowanie innowacji w celu stworzenia lepszego świata, ale po to, by ocalić od rozpadu ten już istniejący. Punktem odniesienia jest przede wszystkim kiepski stan dnia dzisiejszego bardziej niż określona wizja jutra – tak, jakbyśmy nie byli już w stanie wyartykułować atrakcyjnego, wspólnego celu. Argumenty kręcą się wokół wizji czasu korodującego rzeczywistość, niszczącego istoty i sytuacje. Tego typu wizja odwraca swoje plecy od ducha Oświecenia, dla którego czas był czymś wprost przeciwnym – kreatorem i wspólnikiem naszej wolności. Oczywiście pod warunkiem, że podjęliśmy wysiłki na rzecz urzeczywistnienia pewnej określonej wizji przyszłości.

To do obywatelek i obywateli należy decyzja o tym, co chcieliby zbudować za pomocą nowych technologii. Wiele osób nawołuje do debaty. Trudno jednak realizować to zalecenie w praktyce, gdy funkcjonujemy w świecie spolaryzowanych opinii, opartych na niewielkiej wiedzy. W jaki sposób ukształtować przestrzeń do sensownej dyskusji, w której wezmą udział tak obywatele, jak i eksperci? Gdzie stawiać będziemy granice między nauką popularną, partycypacją społeczną i władzą polityczną? To, czego potrzebujemy, to pełnego zaangażowania kompetentych ludzi, których poglądy są z reguły umiarkowane.

Tłumaczenie: Bartłomiej Kozek

EU Taxonomy: The Dirty Politics of Greenwashing Energy

Following the European Parliament’s approval, the European Commission is pressing ahead with its plans to classify fossil gas and nuclear as “green” energy. This disastrous move will have repercussions on a wide range of issues from the war in Ukraine to the climate crisis in the years ahead. Seden Anlar looks at how the controversy has unfolded so far, and the impact it has had on the EU’s unity, climate leadership, and geopolitical strategy.

On 6 July 2022, members of the European Parliament voted to back the European Commission’s taxonomy proposal, thereby giving a green light to labelling fossil gas and nuclear as “green” energy resources and activities. It was a catastrophic result which, in simple and practical terms, means that fossil gas and nuclear investments will be considered green by the European Union as of 1 January 2023.

Behind the boring name, the EU Taxonomy Regulation sets out a classification system created to provide businesses, investors, and policy-makers with guidance around sustainable financial products and energy resources. The main objective of the act is to direct capital towards activities the Commission deems environmentally sustainable. In other words, the taxonomy was designed to address greenwashing by identifying those economic activities which are sustainable as well as by introducing reporting obligations on companies and financial market participants.

While the main part of the Taxonomy Regulation which established six objectives entered into force on 12 July 2020, the Commission announced it would introduce the actual list of environmentally sustainable activities through “delegated acts” later on. This decision was heavily criticised by EU lawmakers as delegated acts are secondary legislation in nature and thus would not be subject to the same level of ministerial and parliamentary oversight as the regulation itself.

In April 2021, the European Commission published the rules governing the taxonomy, but it delayed deciding on whether fossil gas and nuclear power should be included in the list of sustainable economic activities. Months later, moments before midnight on New Year’s Eve 2021, the Commission issued a draft proposal labelling them as “green” sources – a move that turned into “one of the biggest controversies” of Commission President Ursula von der Leyen’s mandate so far.

Our latest edition – Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education – is out now.

It is available to read online & order straight to your door.

A divided union

In autumn 2021, the Commission started consulting with member states on the draft proposal which kicked off months of heated debates and negotiation. Two groups with opposing stances on whether the EU should label fossil gas and nuclear power green formed on an informal basis, led by two major actors: France and Germany, highlighting the strong divergence between the countries when it comes to energy targets.

France, which gets about 70 per cent of its power from nuclear, supported by member states from eastern and central Europe such as Poland, wanted von der Leyen to include nuclear power in the taxonomy. Germany, on the other hand, which shuts down three of its six nuclear power plants in 2021 and aims to close the remainder by the end of 2022, lobbied against the inclusion of nuclear and suggested adding fossil gas as an alternative. The country’s traffic light coalition government is split on the issue, however, with the Social Democratic Party (SPD) in favour of fossil gas and Greens opposing the move. Moreover, during this process, anti-nuclear states such as Austria and Luxembourg showed their teeth by threatening potential lawsuits if nuclear power was labelled green. In the end, Germany and France have “agreed to disagree” and even denied the existence of any conflict. The Commission’s subsequent decision, officially announced in the Complementary Climate Delegated Act, to include fossil gas and nuclear power in the taxonomy clearly demonstrates the considerable influence of member states over EU institutions in decision-making.

This is how a promising initiative with the potential to contribute to the EU’s climate goals became yet another diluted component of the European Green Deal and a tool that will be used for the very thing it aimed to tackle: greenwashing.

Coming up short

Before the July 2022 vote in the European Parliament, MEPs had already been given the opportunity to react to the Commission’s proposal. The delegated act appeared to have suffered a major blow earlier in June 2022 when two of the European Parliament’s most significant committees, the Economic and Environment Committees, voted to block it, asking the Commission to come up with a new proposal. Such votes are usually an accurate indication of which way the plenary vote will go, but that was not the case this time.

There has been opposition to the move, however. Since the Commission announced the controversial proposal to include fossil gas and nuclear in the Taxonomy Regulation, a cross-party and transnational alliance of MEPs against the proposal came together – a rare occurrence. When the main plenary vote was held, 278 MEPs from across party lines voted to block the proposal, 75 short of the 353 votes needed to secure the absolute majority required. However, since an absolute majority of 353 votes was needed, the opposition came up short.

Most of the MEPs who approved the taxonomy as proposed were from the centre-right European People’s Party, while the Greens/EFA were the only party that voted unanimously to block the proposal (with one abstention).

A breakdown of the European Parliamentary parties and how they all voted on including fossil gas and nuclear as "green" in the EU taxonomy

A flawed design

A binary classification that distinguishes good “green” energy from all other sources cannot allow for the nuanced approach that a transition that is both ambitious and realistic demands.

As the European Platform on Sustainable Finance expert group stated in its final report, this approach overlooks the intermediate activities that could be utilised for a certain period of time during the transition process. Moreover, the taxonomy leaves a wide range of resources that do not have a significant environmental impact unclassified, which could lead to investors seeing them as “not sustainable”. With European companies obliged to report on the sustainability of their investments, it is likely that any activity excluded from the “green list” will be perceived as not in line with the EU climate goals, which can dry up the capital that could go towards those activities.

Far from the science-based classification that it was supposed to be, the taxonomy shows outright disregard for what the scientific community has said must be done to keep global warming below 1.5 degrees Celsius. Coming only a few months after IPCC’s warning that the planet might be on track for temperature increases up to twice the limit set out in the Paris Agreement, the actions of the European Commission and Parliament are nothing short of shameful. Moreover, such a taxonomy also dismisses the climate activists and NGOs who have called for the EU to take serious action to meet its climate goals. It is yet further proof that when vested interests are involved – business comes first.

Most of the criticism towards the expansion of the taxonomy has focused on gas, and rightfully so. While EU officials imply that gas is not as bad as coal – hardly the most reassuring talking point in the middle of a climate crisis – new investments in fossil activities like gas-fuelled power plants are simply not in line with the EU’s climate goals. Gas may be cleaner than coal, but it is not clean enough to merit continued investment in gas infrastructure. This was recently confirmed by the International Energy Agency when it stated that fossil fuel investments would have to be halted from 2022 onwards to keep global warming under 1.5 degrees Celsius.

When it comes to nuclear, it gets a bit more complicated. While it may be regarded as an emissions-free fuel, unlike fossil gas, the life cycle of nuclear power plants including the construction, uranium extraction, transport, and processing releases significant amounts of CO2. Moreover, the construction phase is highly expensive and too slow, certainly to contribute to short-term emissions reductions and the 2030 climate goals set by the EU. While France strongly backs nuclear power as its beloved energy resource for electricity, even the financial label of the French government does not consider nuclear a sustainable investment. Funnily enough, the European Commission Vice-President responsible for the European Green Deal Frans Timmermans has stated publicly that nuclear cannot be classified as green. Finally, there are concerns that the inclusion of nuclear power as a green activity could divert capital away from renewables, despite renewable energies being cheaper than nuclear and gas, ultimately slowing down the energy transition.

The International Energy Agency stated that fossil fuel investments would have to be halted from 2022 onwards to keep global warming under 1.5 degrees Celsius.

It’s the investors criticising the proposal for me

Unsurprisingly, some investors welcomed the inclusion of fossil gas and nuclear power into the taxonomy. The managing director of Germany’s local utility association VKU called it “an important sign of the role of natural gas as a bridge to achieving climate goals.” However, an unexpected amount of criticism towards the expansion of the taxonomy actually came from investors themselves and other stakeholders in the energy and finance industries, who voiced their concerns over the credibility and usability of the current version of the expanded taxonomy – signalling that they might treat the decision with caution or even boycott the new green labels.

For instance, the Net Zero Alliance, a group of 73 institutional investors, stated that the inclusion of gas “would be inconsistent with the high levels of ambition of the EU taxonomy framework overall.” Stephan Kippe, head of ESG research at Commerzbank AG also concluded that the approval of the Commission’s proposal “doesn’t make the fight against greenwashing any easier.” Hugo Gallagher, a senior policy adviser at the European Sustainable Investment Forum (Eurosif) also spoke out against the proposal saying, “Whether gas and nuclear genuinely meet the conditions for being qualified as a transitional activity is doubtful,” adding that many industry actors would not invest in gas or nuclear.

Fossil fuelling Putin’s war

Activists have been very clear that in addition to worsening the climate crisis, the expansion of the EU taxonomy will have a crucial impact on the war in Ukraine. Allowing more investment into gas and nuclear makes it harder for Europe to secure energy independence from Russia. The decision is therefore a gift to Putin that will ultimately continue financing his war machine.

The EU has already paid 57 billion euros to Russia for fossil fuels since the war started as imports of Russian fossil gas, gas turbines, uranium, and other nuclear services have been exempted from the sanctions imposed by the EU on Russia in response to the invasion. According to a new Greenpeace study, Russia is expected to be one of the main beneficiaries of the expansion and would earn an extra 4 billion euros per year thanks to the expansion, adding up to 32 billion by 2030.

When it comes to nuclear power, Russian state company Rosatom is set to “secure a share of an estimated 500 billion euros of potential investment in new EU nuclear capacity.” After pledging to stand by Ukraine, why would the European Commission and the Parliament hand Putin such an incredible geopolitical advantage on a silver platter (or rather, a uranium glass platter)?

Lobbies, lobbies, lobbies

Recognising that they would be the biggest beneficiaries of such an inclusion, Russian companies Gazprom, Lukoil, and Rosatom lobbied intensely in Brussels for fossil gas and nuclear energy to be added into the EU Taxonomy as green resources and activities. Greenpeace revealed that commissioners and senior officials of the European Commission had met with representatives of these companies a total of 18 times, either directly or through company lobbyists and subsidiaries since March 2018, when the Commission introduced its action plan on sustainable finance. The contrast between the European Commission’s actions and its public statements regarding Ukraine, such as von der Leyen’s declaration to Ukrainians during her visit that “Your fight is our fight. … Europe is on your side” in front of Ukrainian President Zelenskyy, is simply mind-boggling.

It is important to note that the European Commission itself recently recognised how dangerous the Russian regime’s lobbying efforts in Brussels have been and proposed to ban Russian companies from hiring EU lobbying and public relations firms which, according to EU Observer, make 3.5 million euros a year from such deals. While this is a positive development and a necessary step, the proposal has not yet been approved by EU member states.

The EU has already paid 57 billion euros to Russia for fossil fuels since the war started.

The EU: Climate leader or climate laggard?

With the UK failing to meet its climate targets and aiming to scrap the law protecting its most important wildlife sites, the recent US Supreme Court decision limiting the Environmental Protection Agency’s capacity to restrict CO2 emissions – effectively delaying any meaningful climate action by the US, and the energy crisis raging across the globe, climate politics needs a leader more than ever. While the European Commission has been saying all the right things about the need to tackle the climate crisis and playing a decisive role in the new climate order, the taxonomy proposal tells a different story.

Just a little over a month after announcing its plans to speed up the energy transition and secure energy independence from Russia through RepowerEU, the approval of the delegated act not only strengthens Putin’s geopolitical influence in the region but also sends mixed messages about how seriously the EU takes the climate crisis. Therefore, in addition to exposing the deep rifts between the EU member states when it comes to how to tackle the climate crisis, the EU Taxonomy also risks hindering the credibility of the entire EU climate agenda, the European Green Deal, and the EU as a climate leader. In a world where even Russia and China do not include gas in their respective taxonomies on sustainable activities, the EU’s labelling of nuclear power and fossil gas as green energy resources sets a dangerous precedent and it is a clear sign of a failed climate leadership.

Where do we go from here?

After such a disappointing and greenwashed outcome that discounts the mounting crises we are facing today, the road ahead is blurry and full of challenges. The next step is for the Council of the EU to vote on the proposal, an actor which does have the power to veto the Parliament’s decision. But, as the inclusion of fossil gas and nuclear power was essentially a solution suggested by the member states that make up the Council, and considering most EU governments are in favour, it is safe to assume that the super-majority required for a veto will not be found. With this approval, the delegated act will be expected to come into force from the beginning of 2023.

However, there is still hope, and it lies in legal action. Following the European Parliament’s decision, many NGOs signalled that they were considering or planning legal action. Greenpeace has announced that it will, first, submit a formal request for internal review to the Commission, and if the result is negative, it will pursue legal action at the European Court of Justice against the Commission for including fossil gas and nuclear energy in the taxonomy. Moreover, Luxembourg and Austria will also join Greenpeace in challenging the Commission through the same court. Spain and Denmark announced that they would also consider joining the lawsuit.

In recent years, citizens have been taking their governments to court to hold them accountable for failing to take sufficient measures to meet their own climate commitments. The promising success of ground-breaking cases such as the State of the Netherlands v Urgenda Foundation and Notre Affaire à Tous and Others v France showed how climate litigation can be an instrument to fight climate injustice and a powerful tool to tackle dirty politics or slow political progress, as well as paving the way for further lawsuits.

As more and more courts find a link between environmental harm and the right to life and a coalition of resistance grows against the greenwashed EU Taxonomy Regulation, one question remains: could legal challenges to the EU’s Climate Law lead to similar outcomes and victories for climate justice?

Should Europe Worry About Nuclear Escalation in Ukraine?

In a chilling statement after marching his troops into Ukraine, Putin warned of “consequences as you have never seen in your entire history” should anyone attempt to stop him. Five months into his unprovoked war, his victory hangs in the balance as Ukraine fights back with the help of weapons from allies. While Russia has so far refrained from using nuclear weapons in its war, the ropes of deterrence are alarmingly short, and Putin may be willing to risk it all.

This article is part of a series by the Green European Journal looking at the impacts of Russia’s war in Ukraine.

Following the 1991 referendum on Ukrainian independence, when 93 per cent voted to form their own state, the fledgling country briefly found itself in possession of the world’s third largest nuclear arsenal. Though lacking operational control of the weapons, Kyiv was wary to give them up, especially as some Russian politicians were threatening to annex Crimea. In 1994, Ukraine’s leaders agreed to send the nukes to Russia, joined the Nuclear Non-Proliferation Treaty, and signed the Budapest Agreement, in which Russia, the United States, and the United Kingdom pledged to never use force against Ukraine, to respect the country’s sovereignty and existing borders, and to assist if any country ever threatened it.

Moscow made a mockery of the agreement in 2014 when it annexed Crimea and sent its troops into eastern Ukraine to organise a violent secessionist uprising that resulted in 14,000 killed, and the US and UK did little to help. On February 24 of this year, president Vladimir Putin not only betrayed Russia’s pledge to Ukraine once again by launching a massive invasion, but threatened the world against trying to stop him by invoking nuclear weapons. “The consequences will be such as you have never seen in your entire history,” he sneered, boasting that Russia remains “one of the most powerful nuclear states,” with “a certain advantage in several cutting-edge weapons.” Three days later, Putin put his forces on a “special regime of alert,” though this apparently amounted only to a slight increase in personnel at military command centers.

Meanwhile, United Nations Secretary-General Antonio Guterres warned that “the prospect of nuclear conflict, once unthinkable, is now back within the realm of possibility,” as France deployed two additional nuclear missile submarines.

Adding to concerns, Russian diplomat to the United Nations Boris Bondarev denounced the war and warned the New York Times in May that his colleagues, some of whom work in arms control, talk openly about nuclear strikes against the West, assuming Western politicians would be too soft to respond in kind. “That’s how many of our people think, and I fear that this is the line that they are passing along to Moscow,” he said.

Our latest edition – Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education – is out now.

It is available to read online & order straight to your door.

Russia’s nuclear doctrine

Though the risk of nuclear weapons is currently the highest it’s been in decades, Moscow is exceedingly unlikely to launch a nuclear weapon at any NATO country due to the near certainty of a nuclear response. Even in Ukraine, a Russian nuclear strike appears highly improbable at this point in Putin’s war, simply because it would serve little conceivable purpose on the battlefield.

Pavel Podvig, a leading expert on Russian nuclear weapons at the United Nations Institute for Disarmament Research, is doubtful that Moscow would break the nearly 80-year taboo against using nukes. “There are targets, but nothing [that] would require or justify using a nuclear weapon. There are no concentrations of troops or aircraft carrier groups that you would need nuclear weapons to attack,” he said.

Aaron Stein, a non-proliferation expert and the director of research at the Foreign Policy Research Institute (FPRI) in Philadelphia notes that Russian conventional forces have already been able to destroy an enormous number of Ukrainian targets, so there’s little need for nuclear weapons. “The Russians have destroyed basically all of Ukraine’s pretty robust domestic defence base with conventional precision guided munitions, so I just don’t know what use [nuclear weapons] have.”

Stein further warns against alarmism about a “nuclear madman”. Putin’s decision-making may be based on faulty information and not follow international norms, but that doesn’t make him irrational. The invasion of Ukraine was a disaster, but that’s likely because of faulty intelligence and poor military performance rather than any mental instability on Putin’s part. For him, the invasion was a perfectly rational move, with clear risks but potentially huge benefits. “It’s fallacy to suggest he’s irrational because we think his actions are irrational,” Stein explained. “We can’t extrapolate from our own conceptions of rationality that he’ll use nuclear weapons.”

Russian nuclear doctrine allows the use of nuclear weapons either in response to a nuclear attack on Russia or its allies, or in the case of an overwhelming conventional attack that would either threaten Russia’s nuclear forces, or which jeopardises “the very existence of the state.” In Stein’s view, “the Ukraine war doesn’t really meet any of these criteria.”

Stein warns against alarmism about a “nuclear madman”. Putin’s decision-making may be based on faulty information and not follow international norms, but that doesn’t make him irrational.

Will Putin cross the line?

Stein sees this war as playing out much like previous conflicts involving nuclear powers – there are clear red lines, and so long as those lines aren’t crossed, the risk of a nuclear strike is low. Russia’s red line is that NATO troops don’t directly intervene; NATO’s is that Russia doesn’t attack any of the alliance’s member states. Western countries supplying heavy weapons to Ukraine won’t likely provoke a nuclear response, and history bears this out.

During the Vietnam War, the Soviet Union sent massive amounts of heavy weapons and thousands of “military advisors” who operated anti-aircraft sites to shoot down American planes. In the Korean War, Soviet pilots flying Mig-15s downed large numbers of US aircraft, though this was hidden from both the American and Soviet publics at the time. The US also sent thousands of Stinger missiles to mujahideen rebels fighting Soviet troops in Afghanistan.

After a series of extraordinary battlefield successes in the early months of the current war, the Ukrainians in the eastern Donbas region are now being pounded with Russian artillery, which reaches much further than theirs. The Ukrainian defenders are reportedly outgunned by the Russians by at least 10-15 to one, and losing up to 200 soldiers per day, which has resulted in a deficit of trained men. Russia now occupies one-fifth of Ukraine.

For the time being, Moscow has scaled down its war aims to annexing the Donbas, and may very well prevail, which negates any potential need for nuclear weapons. “[The Russians] are quite possibly going to win, at least in their own minds, so there is no place for nuclear weapons,” Stein said.

However, the war remains highly fluid, with territory regularly shifting between sides. Russia, facing a manpower shortage because it refuses to admit the conflict is a war and fully mobilise, has suffered massive losses, and the Pentagon estimates Moscow has lost approximately 30 per cent of its armoured vehicles and used up 70 per cent of its precision-guided munitions. Western sanctions, which will further bite into the Russian war machine in the coming months, will make it very hard if not impossible to recover many of the losses of materiel. As one of the leading experts on Russian armed forces Michael Kofman has written, “even though the local military balance in the Donbas appears favourable to Russia, the overall trends in the military balance still favour Ukraine.”

Why deterrence fails in a fluid war

In the long run, the war could very well shift once again in Ukraine’s favour, assuming the West greatly increases its shipments of crucial heavy weapons in time. The most just outcome for Ukraine and for Europe is the decisive defeat of Russian forces within Ukraine. But herein lies the catch-22 to the nuclear threat: though still unlikely, if Russian forces stood on the verge of a decisive defeat, particularly if Crimea came under threat, this would be the most probable time that Putin could consider a nuclear strike.

“If it felt like Ukraine had decisively won the war and Russia was losing relatively to what it had in February, I think that’s one of the scenarios where it would be most likely,” said Nicholas Miller, an expert on nuclear proliferation and international security at Dartmouth College in New Hampshire who believes a nuclear strike is unlikely but troubling nonetheless.

Another concern is that, should Putin find himself in such a situation where he feels like a nuclear strike could be valuable, two traditional disincentives to use nuclear weapons may not apply. The first is deterrence – since Ukraine lacks nuclear weapons and NATO is very unlikely to respond in kind to a Russian nuclear strike in Ukraine, there is little deterrence against such a strike. “Putin might be able to tell himself a story about how he could use nuclear weapons in kind of a limited fashion and get away with it, or at least limit the costs he faces,” Miller said.

The second disincentive is the so-called “nuclear taboo” or “tradition of non-use” based on the belief that such weapons are uniquely reprehensible. After having destroyed entire large cities in Ukraine and elsewhere – Grozny, Aleppo, Mariupol – and having rewarded the unit reportedly responsible for the mass atrocities committed in Bucha, it seems dubious that Putin would have any moral qualms with using nuclear weapons if he felt an urgent need.

Though still unlikely, if Russian forces stood on the verge of a decisive defeat, particularly if Crimea came under threat, this would be the most probable time that Putin could consider a nuclear strike.

“I doubt that Putin has a moral reservation about using nuclear weapons, but he might still be restrained by these political and reputational consequences and the prospect of NATO maybe getting directly involved in the war,” said Miller, who points out that even leaders who haven’t internalised the nuclear taboo can be inhibited by potential negative consequences. A nuclear strike would surely result in stronger sanctions and international condemnation spreading beyond the Western world. “The big question is whether it would lead to NATO getting directly involved, and my guess is it would in some form,” Miller said, predicting that potential NATO involvement would possibly be limited to troops in western Ukraine or the use of airpower without boots on the ground.

Russia’s use of a nuclear weapon could also very well have the opposite effect and deter NATO from direct involvement, but Miller points out this would establish a dangerous precedent for nuclear coercion. “I think the US and most NATO countries would be very worried about the idea of setting a precedent where you can use nuclear weapons for that sort of coercive effect, and you could convince the West to back down by using a nuclear weapon in Ukraine.”

The lack of battlefield targets may not be much of an inhibitor either, since the use of nuclear weapons is at least as much about strategy and psychology as it is about tactics. “The only remotely plausible use of a nuclear weapon would be to use them strategically, to use them in a Hiroshima, Nagasaki kind of style, when you use them to kill a lot of people and break the will of an opponent to resist,” Podvig said, though he remains highly skeptical of such a use in Ukraine.

The politics of Putin’s nuclear blustering

“If [Putin] were going to use nuclear weapons, it would be less about the physical destruction of whatever target he was going after, and more about trying to send a political signal to Ukraine and to the West of the risk of further escalation if they don’t back down,” added Miller. “I think more likely, if he was going to do it, he’d use lower yield nuclear weapons against some sort of Ukrainian military or infrastructure target, and yes, it would cause destruction there and help the war effort, but I think the bigger effect would be trying to signal to Ukraine the risks of continuing to push forward against Russian forces.”

As for Russian nuclear doctrine, it can simply be ignored in a personalised regime such as Putin’s where one man commands near total control, but there’s also one part that’s dangerously vague and open to interpretation, threatening the use of weapons when the Russian state’s “existence” is under threat.

In his February 24 speech, Putin seemed to indicate the existential importance of this war: “For our country, it is a matter of life and death, a matter of our historical future as a nation…It is not only a very real threat to our interests but to the very existence of our state and to its sovereignty.”

“If he thinks there’s a decisive military defeat that could threaten his own grip on power, to him that might seem existential,” Miller said. Compared to previous nuclear powers facing defeat, such as the US in Vietnam or the Soviets in Afghanistan, Moscow regards the war in Ukraine as far more important, and a loss there may be seen as unacceptable. Putin has long been fixated on Ukraine, has for years reiterated that it’s not a ‘real’ country and that Russians and Ukrainians are one single nation, declaring in 2014 during the annexation of Crimea that “we cannot live without each other.”

To deter Putin from considering the nuclear option, Miller advises that the West make it loud and clear that the use of nuclear weapons is unacceptable and would result in severe consequences, as US president Joe Biden wrote in a recent op-ed. Podvig said the worst thing NATO could do is respond in kind with a nuclear strike, and should instead continue to reinforce the nuclear taboo. “To marginalise the thought of nuclear use, the United States and NATO should make it very clear publicly that they will not be using nuclear weapons in this conflict,” he said.

Putin has long been fixated on Ukraine, has for years reiterated that it’s not a ‘real’ country and that Russians and Ukrainians are one single nation.

For the time being, the risk of Putin resorting to nuclear weapons remains very low, but he is reportedly prepared for a very long war and is betting that western support for Ukraine will waver. In order to achieve the just outcome that Ukrainian and most western leaders have advocated for, the West needs to increase its heavy weapons supplies, particularly long-range artillery. Thus far, heavy weapons shipments have only amounted to a small percentage of what Kyiv requires.

Viola von Cramon, MEP for the Greens and Vice-Chair of the Delegation to the EU-Ukraine Parliamentary Association Committee, reiterates in an email to the Green European Journal that the Greens strongly support Ukraine’s territorial integrity and sovereignty. “It is up to [the Ukrainians] to decide when to [stop] defending themselves and when to sit at the negotiation table,” she wrote. “We need to continue supporting Ukraine with weapons that will help Kyiv to re-establish control of the occupied territories.”

Von Cramon warns that Putin’s nuclear blustering is aimed at dithering Western politicians. “Conceding to [Putin’s] blackmailing is very dangerous and opens a Pandora’s box where any nuclear state can extort any concession from the international community with impunity,” von Cramon wrote.

This is a valid point, and nuclear deterrence between Russia and NATO make a direct confrontation unlikely, but deterrence is never perfect, even when both sides want to avoid direct conflict. There is potential for escalation, for example, if Russia chooses to hit the very tempting target of weapons in Poland slated for Ukraine, or if Ukrainian forces use western long-range weapons to strike targets inside Russia. Moscow’s threats of Lithuania over Vilnius’ enforcement of EU sanctions against Kaliningrad, and Putin’s recent pledge to send nuclear-capable Iskander missiles to Belarus are additional worrying developments. It’s therefore important for NATO to keep re-iterating its red lines and to avoid foolishly risky moves such as establishing a no-fly zone in Ukraine. Putin is highly unlikely to respond to increased heavy weapons shipments with a nuclear strike, but Ukraine would be wise to keep its promises to refrain from striking Russian territory with Western artillery.

Is the arms race back?

On January 21, 2021, Green parties celebrated as the UN Treaty on the Prohibition of Nuclear Weapons (nuclear ban treaty), which prohibits nuclear weapons and aims for global elimination but isn’t supported by any nuclear power, came into effect. Just over a year later, the danger of nuclear proliferation grows as a result of the war in Ukraine. Many states may have concluded that if Ukraine had nuclear weapons, Russia wouldn’t have invaded. Others will take the lesson that the international community is helpless to stop nuclear states like Russia from aggression. “Russia can invade Ukraine and say to NATO, ‘If you get involved, you’re risking nuclear war, so back off.’ That seems to have been so far a pretty effective deterrent for Putin,” said Miller.

Nuclear powers are exceedingly unlikely to unilaterally eliminate their arsenals for the simple fact that it would leave them at a disadvantage vis-à-vis their nuclear adversaries. NATO’s 2010 Strategic Concept commits the alliance to “the goal of creating the conditions for a world without nuclear weapons, but reconfirms that, as long as nuclear weapons exist, NATO will remain a nuclear alliance.” But nuclear disarmament isn’t a naïve fantasy – the START treaty, the product of nearly a decade of disarmament talks and signed between the US and USSR in 1991, would eventually eliminate 80 percent of then-existing strategic nuclear weapons, an extraordinary accomplishment.

However, the much higher tensions of today mean that another such treaty is unlikely in the foreseeable future. Even before the war, the state of proliferation was already in dire straits after several arms treaties between Russia and the US were allowed to expire. “The tools that had governed total overall nuclear weapons – US-Russian arms control – are dying. There’s only one left,” Stein warned, referring to New START, an arms reduction treaty between Moscow and Washington that expires in 2026. After that, a new treaty will have to be negotiated, but as Stein worries, “in this political climate, I don’t know how that actually happens.”

For the French Greens, There Is Power in Disruption

France’s Green Party faced an uphill struggle to stand out in the eyes of voters at the country’s presidential elections, with multiple rivals, green-washing, and a drastically reconfigured political landscape. If the party is to succeed in the future, Adèle Carson argues, it must recognise what went wrong with its presidential campaign.

It is the story of a presidential campaign that never took off. It began with a narrow victory for Yannick Jadot in the ecologist primary: 27.7 per cent of the vote in the first round, 51.03 per cent in the second round against Sandrine Rousseau, a feminist, anti-racist candidate who was also seen as more divisive. Following the result, Le Mondeissued its verdict: “The ‘pragmatist’ won by a narrow margin against the ‘radical’”. From January 2022, the Green presidential candidate hovered at around the 5-per-cent mark in the polls but rarely surpassed this threshold. The final result was 4.8 per cent in the 10 April election. What happened?

The reassuring narrative of a candidate who was robbed of his Green voters at the last minute by the momentum of Jean-Luc Mélenchon’s Union Populaire campaign is a convenient way to avoid facing the truth about a campaign that missed its target and remained as flat as the voting intention curve.

Looking at the results, it is clear that the climate movement formed by groups such as Fridays for Future no longer exists. Carried by a generation that has aged since 2018 and has started their careers, the massive citizen dynamic for the climate crashed on the wall of the pandemic. The call for a vote that could emulate the success of the 2019 European election was blind to what a presidential election is: it is a regal choice, not an election of super climate activists for a supranational assembly.

The Green result of the Greens at the presidential election raises the question of political ecology’s role in French politics. This year’s presidential campaign was dominated by three forces: Emmanuel Macron’s liberal party, the far-right Rassemblement National, and the radical left-wing Union Populaire. Where is the Green’s place in this stage of the French Fifth Republic?

Is political ecology the new incarnation of the 21st-century Left? Is it part of a wider social-ecological bloc, which was the logic of the electoral pact in the French legislative elections? Or is ecology a new imperative of government that applies to all parties? Is there an “ecologism” as there was a “socialism”? Should ecology remain the domain of activists, outside the party system? Recent developments – in the June legislative elections, the Greens joined a new union of progressive and left-wing parties led by Jean-Luc Mélenchon, known as NUPES – may seem to provide immediate answers, but these questions remain open in the longer term.

Any answers must address the political identity of the French Green Party. It is not an association, nor an NGO. A socially viable ecological transition must form the core of its political programme. But what else? Answering these questions requires overcoming the lack of identification felt by voters towards the party and anticipating the “political greenwashing attacks”. This is the sine qua non condition for a rise to power, or even a simple holding strategy in the political landscape.

Carried by a generation that has aged since 2018 and has started their careers, the massive citizen dynamic for the climate crashed on the wall of the pandemic.

Victims of tactical voting?

The most-established candidates had a major advantage in this election. It marked the third presidential campaign for both Jean-Luc Mélenchon and Marine Le Pen, whose extreme-right challenger Eric Zemmour was also well known thanks to a prominent and longstanding media career. The result was, of course, the re-election of sitting president Emmanuel Macron.

Meanwhile, Yannick Jadot’s campaign failed to distinguish itself and was characterised by a failure to plan and anticipate. As polling expert Denis Pingaud put it: “its composite machinery formed after an uncertain primary has produced a certain amateurism.” The groundwork of building campaign teams, gaining visibility, and occupying the political space, should have been done well in advance. Due to the late time of the primaries as well as certain structural issues within the party, the teams were created far too late and without sufficient training. It is simply not possible to upset the game in a few months in these conditions.

Instead of waiting indefinitely for a lacklustre campaign to take off, the Greens should have become aware of the extent of the opportunities and of their real place in the elections. The leading team was convinced of its potential and missed every opportunity to build alliances. Greater lucidity might have yielded different results.

The interaction between the far-right parties is interesting to observe in comparison. Yannick Jadot could have been to Jean-Luc Mélenchon what Eric Zemmour was to Marine Le Pen (before he scolded her on the night of the first round): a reservoir of votes and an opening towards other segments of the electorate. Above all, he could have contributed to a larger dynamic that put key issues such as climate on the agenda and prefigured the alliance for the legislative elections.

A candidate closer to the political DNA of the French Greens might have broadened the appeal of what was to become the NUPES by acting as the spokesperson for one cause, one issue, in the collective mind. Yannick Jadot explicitly refused to play this role. Instead, the Green candidate first dismissed Anne Hidalgo and the Socialist Party and then spent the last few months of his campaign targeting his “rival on the left”. As well as losing coherence, he thus became quite repellent in the eyes of the – many – undecided voters.

In comparison, Eric Zemmour concentrated his attacks on President Emmanuel Macron. Although late on he suffered from tactical voters switching to Marine Le Pen, he contributed upstream to increasing the potential electorate of the Rassemblement National, helping consolidate the emergence of a far-right bloc. Such dynamics were never present among the Greens and, as a result, potential voters made their choice based on the situation from March onwards. Polling numbers a clear drop in Zemmour’s ratings from March, while Yannick Jadot remains relatively stable.

Our latest edition – Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education – is out now.

It is available to read online & order straight to your door.

The purpose of a Green campaign

If Mélenchon did not take Green votes, why did the Greens fail to attract further support? Their campaign appeared to want to stick to all the classic political codes. Mimicry and conformity were chosen to the detriment of disruption. A two-fold observation can be made: on the substance, a fierce fear of radicalism and cleavage. In terms of form, a total acceptance of the rules of the political and media game. The Greens preferred to let themselves be led by the media’s agenda rather than seeking to break with the presidential campaign exercise.

Environmentalist associations and organisations were already wary of the idea of political mobilisation, all the more so because the attitude of the Green candidate was so politicised. Here again, a more accurate understanding of the Greens’ true place and role in this election would have changed everything. The campaign committee suffered from a lack of modesty and did not critically assess the successes of 2019 and 2021. The objective of this campaign ought to have been set out: to build and unite around an issue of national significance by highlighting ecological initiatives and environmental problems on the ground.

If not during presidential election campaigns, then when else should we discuss our polluted soils and water tables, overflowing landfills, the death of our forests, the alarming state of waste management in tourist areas in high season, the mosses on the moors that cause beaches to be closed every year, and the concreting over of our coastlines? The challenge was to stand out. Instead of distinctiveness, the standardisation of political life was favoured – a mistake that led to isolation.

Ecology as the Left’s common ground?

If the question of whether political ecology belongs within the left-wing camp was never resolved during the presidential campaign, it is because one question remains unaddressed: is the ecological project, and all that it implies, compatible with the software of government historically developed by the political forces of the Right and the Left? In other words, how does it translate into political divides and does it constitute a rupture?

Although a so-called “conservative ecology” does exist, a right-wing partisan ecology has not yet emerged. One notable element in France today is the glaring persistence during this election of a right-left divide on environmental issues. “The answers to the ecological crisis constitute the backbone of the projects carried by Jadot, Mélenchon, and, to a lesser extent, Hidalgo, who interweave ecological and social issues,” write the journalists Audrey Garric and Stéphane Mandard for Le Monde. NGO comparisons were unanimous. Ambitions on energy savings differ radically different between Mélenchon, who aimed to divide primary energy consumption by three by 2050, and centre-right candidate Pécresse, who called only for “the hunt for waste”. For the Greens, attacking the only competing candidate with an ecologically viable candidate risked a total loss of coherence.

But though ecology was more present on the Left, it was not enough to win. Mélenchon focused on ecology in the first months but built up his momentum on purchasing power and social issues. Ecology is a voter concern, but it is not yet a deciding factor. The path to changing this will be long and complex.

The war in Ukraine could have been an opportunity. The subject disqualified a part of the political spectrum. Jadot hung on to the European branch, unlike his main rival on the Left. After a short period of increased visibility with some positive interventions, the accusations of political opportunism took over. The inconsistencies in the discourse (for example, unclear answers on US shale gas in the context of embargoing Russian oil and gas) and unwarranted denunciations of “Putin’s friends” became quicksand. Although this debate provided opportunities for Jadot, military matters were not something people expected the Greens to focus on.

The Greens were also robbed of the sophistication and depth of their social project by the energy issue, more precisely by their passionate rejection of nuclear power. They are constantly drawn back to this topic by a Pavlovian media, although Mélenchon’s score proves that the nuclear question was not so decisive in the end. His campaign was also anti-nuclear but did not matter in the same way. Given that opposition to nuclear is a historic element of political ecology, it was odd that the Green candidate failed to master either the language or the technical details, to the delight of social networks and the media.

Though distinct, the energy transition and the ecological transition have an important point of convergence: the production and consumption of energy can emit greenhouse gases and the combustion of fossil fuels is a major factor in emissions. Nuclear power contributes to global warming in an extremely marginal way and is not incompatible with the decarbonisation of the economy. Is it therefore advisable to restart the construction of 14 nuclear reactors? That could have been the debate if, in the French context, nuclear power was not so emblematic of a (not so) glorious past.

There is no need for the Greens to change their position. It is now a dominant position within the French Left. However, the subject must be mastered. Above all, the Green project should not be allowed to be reduced to an exit from nuclear power. To do so passes up the opportunity to demonstrate the extent of the transformation that Greens call for.

Mélenchon focused on ecology in the first months but built up his momentum on purchasing power and social issues. Ecology is a voter concern, but it is not yet a deciding factor.

Priorities for the years ahead

The French Greens must prepare for the end of “ecology”, or rather its deep transformation. This concept, which is currently used indiscriminately, is riddled with conflicts and must be clarified. The idea of a unanimous position in favour of the environment is feigned, incantatory, and ineffective. Ecology covers a wide range of issues, some of which are contradictory. Greens must ensure that they remain the most ambitious on environmental matters, in line with scientific objectives. Above all, ecology has to be broken down by sector and territory to become more concrete and effective.

On the sectoral level, it is about a planned industrial vision of a decarbonised economy with less raw material usage and waste. This mutation of ecological thinking and doctrine has already taken place (see, for example, Jadot’s speech at the Salon du Made in France). Estimates of the impact on jobs in the various sectors are, for example, well known and used in Green policy and campaign materials.

On the territorial side, the challenge is more difficult. The French Green Party has recently come to embody, sometimes more in the media than in reality, a rather “urban” ecology. Rural ecology is not just an adapted version of the theme, it pertains to different issues. The question of hunters, for example, in this presidential campaign, the self-proclaimed “first ecologists of France”, is only a foretaste of the turn that these debates can take. Not to mention the elephant in the room: the transformation of the agricultural model. It is convenient to bring the struggle for a reformed Common Agricultural Policy to the European level, but this does not make the Greens any more popular with those who are primarily concerned. The French Greens have work to do to convince people that they are protecting the countryside.

The French Greens must continue to prove themselves at the local level, with a clarified compass and concrete actions. Ecology’s spread as software for governance must involve the local level and town councils play an essential role in pushing forward these ideas. Pedestrianisation of city centres is one example of the need for output legitimacy, to convince through long-term results. Adherence to these changes in society is gradual and initially generates doubts and rejections. The French Greens must thus continue to focus on the actors and areas that transmit this change: associations, leisure activities, democratisation and access to nature, the promotion of alternative agriculture, and so on.

More immediately, the priority must be clear for the next five years: systematic opposition to anything that moves away from France’s national, European, and international commitments to the environment. The voice of political ecology must be heard in the National Assembly, in the courts, in the media, and in the cities. The French Green Party must reconnect with its potential to act as a pivot with organised civil society, NGOs and parapolitical bodies, to build strong and lasting connections between the ultra-local, national, and European levels.

Is Degrowth the Future?

As the flaws in the currently prevailing paradigm of unfettered growth become ever more apparent, degrowth is increasingly regarded as a tangible alternative. Far from a radical notion confined to the realm of abstract debates, it may hold the key to a more just and sustainable world. An ambitious new book, The Future is Degrowth: A Guide to a World beyond Capitalism (Verso, 2022), sets out to be a roadmap towards a future without growth.

The climate breakdown, the growing gap between the wealthiest and the poorest, the gap between the Global North and South, and the ongoing pandemic have proved that the mainstream growth-based economic model is not fit for purpose. But what is the alternative?

The pandemic turned out to be a major moment for the degrowth debate. On the one hand, advocates of economic growth used lockdowns as evidence of what a degrowth society might look like, even though our growth-dependent economic model was at least partly responsible for driving the pandemic. Degrowth supporters, on the other hand, took the opportunity to clarify their proposal and stress the urgent need to move to a post-growth economy. Degrowth entered the mainstream debate like never before. As scholar Timothée Parrique shows, it is even present in the most recent Intergovernmental Panel on Climate Change report.

The critique of an economic system based on economic growth is not new. In 2022, we celebrate the 50th anniversary of the seminal report The Limits to Growth. Published in 1972, a team of scientists led by Donnella Meadows warned that the resource consumption of an ever-growing economy was unsustainable. In the decades since, various alternatives to a growth-based economy have been put forward including a steady-state economy, post-growth, doughnut economics, and degrowth.

The differences between these proposals are not only semantic. Though they may overlap, they represent different visions of how radical the change should be, the role of politics and the conflict between bottom-up and top-down approaches, and the kind of measures they imply. Where they agree is in their essential criticism of an economy based solely on economic growth. Such a model is seen as both doomed to fail given the planet’s limits, as well as underpinning an unjust social and geographical distribution of wealth.

The Future is Degrowth: A Guide to a World beyond Capitalism by Matthias Schmelzer, Andrea Vetter, and Aaron Vansintjan is part of this wider effort to provide fair, ecological, social, and economically sustainable alternatives to a growth-dependent economy. It does so magnificently. The affirmative title is clear regarding the authors’ intent: they have a clear alternative to the present and a clear idea of the future this “guide to a world beyond capitalism” can bring about. But to properly justify why an alternative to the present system is required, it is necessary to explain why the existing situation is not sustainable. The book can thus be divided into two parts: the first half on economic growth and its limitations and the second presenting the degrowth alternative.

Our latest edition – Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education – is out now.

It is available to read online & order straight to your door.

The unsustainability of economic growth

The book opens with two chapters dedicated to the definition of economic growth, its main attributes, and different critiques of growth. The subchapter “Defining degrowth” appears only on page 191, as if the authors really wanted to make sure that the reader understands why a growth-dependent system is no longer viable.

In the first of the two chapters dedicated to the concept of economic growth, the authors discuss the growth paradigm and how it has become hegemonic to the point that “growth appears as an unquestionable, positive value at the centre of a network of ideas and everyday common sense”. This value acts both to justify and silently coerce “people into contemporary relations of power and hierarchy – including social relations of production such as wage work”.

The second chapter is dedicated to seven critiques of growth: the ecological, socio-economic, cultural, and feminist critiques, along with the critique of capitalism, the critique of industrialism, and the South-North critique. The authors detail the different arguments, exposing different positions within them. For example, within the broader sustainability debate, degrowth supporters are said to be “more amenable to a critique of capitalism than steady-state economy or post-growth proponents”.

The joint consideration of these critiques is essential both to ensure an effective response to multiple crises but also, as the authors warn, to avoid (extreme) right-wing appropriation of degrowth and its ideas. For while the political right mostly supports a growth-oriented policy, there is also a reactionary critique of growth on parts of the ethnonationalist right. This faction argues that, as the availability of resources falls, overall consumption must fall but their people must have continued access. Clearly, this line must be rejected by those supporting degrowth as it is conceived in this book.

It is important to note that the required changes are not only economic or political. Potentially even more challenging changes at the psychological level will be required as well.

The degrowth alternative

Having thoroughly explained the problems with growth, the authors move on to the alternative. But what is degrowth? For the authors, more than a strictly defined concept, degrowth is “a movement in motion” that “should be considered an umbrella term for various movements and frameworks on the left”. It is clear that this book, intended as a guide, is written for people on the left. Acknowledging the existence of a productivist left, the authors defend the position that degrowth can – and should – be adopted by ecologists and those on the left. While ecologists might be easy to convince, the latter represent a greater challenge.

The second part of the book looks at understanding degrowth and how to get there. Four chapters are dedicated to degrowth visions, the pathways to degrowth, making degrowth real, and the future of degrowth. The authors revert to the three criteria for evaluating social alternatives developed by Erik Olin Wright – desirability, viability, and achievability– and dedicate a chapter to each one.

The first explains the desirability of degrowth and focuses on degrowth visions, clarifying that it is a contested and multivalent concept tackled differently by degrowth’s various currents. Those currents are, first, the institution-oriented current; second, the sufficiency-oriented current; third, the commoning, or alternative economy current; fourth, the feminist current; and, fifth, the post-capitalist and globalisation-critical current. Despite the differences, the authors argue that the overlap between them makes it possible to see these strands as “currents in a turbulent stream, each of them with their own characteristics but traveling in similar directions.”

It is an integral part of degrowth’s definition that it does not necessarily mean less, but rather, and mostly, different. This book presents three principles of degrowth that underpin its translation as a concrete transformation: 1) global ecological justice, 2) social justice and self-determination, and 3) redesign of institutions and infrastructure. Degrowth’s major challenge thus relieves itself in that third point: a “prerequisite for a degrowth society would therefore be to restructure all relevant social institutions in such a way that they can function without economic growth, or to create new growth-independent institutions that can fulfil the functions of the existing ones.”

It is important to note, as the authors do, that the required changes are not only economic or political. In addition, potentially even more challenging changes at the psychological level will be required as well. As Georgios Kallis, a renowned degrowth scholar, shows in his book Limits, the mental infrastructures regarding consumption, accumulation, and growth depend on location and historical time. While in a given historical and social context, there might be a common understanding that a growth-dependent economy is part of our lives, there are plenty of historical examples of different common understandings. A degrowth future is therefore possible and also may depend on a mental infrastructure perspective.

Chapter 5 discusses the viability of degrowth, outlining six pathways: (1) the democratisation of the economy, or, the strengthening of the commons, a solidarity-based economy, and economic democracy; (2) social security, redistribution, and caps on income and wealth; (3) convivial and democratic technology; (4) the redistribution and revaluation of labour; (5) the equitable dismantling and reconstruction of production; and (6) international solidarity. The focus is mainly on policy but the authors clarify that change nevertheless depends on the combination of “collective action, grassroots change, and policy reforms”.

The book then moves on to the question of degrowth’s achievability, the feasibility of making degrowth a reality. Once again, the authors return to Olin Wright and his three transformation strategies: 1) “interstitial strategies” (existing alternative institutions such as cooperatives or community-based organisations), 2) “symbiotic strategies” (forms of cooperation between different social forces and representatives of the political system) and 3) “ruptural strategies” (revolutionary confrontation). While the third route is rare in the degrowth debates, the interstitial and symbiotic strategies are often discussed and “regularly juxtaposed”.

For the authors, the achievability of degrowth depends on a balance between policy-oriented top-down proposals (for example, the reduction of working hours or maximum income) and bottom-up, small-scale alternatives and self-organised projects that function without or even against the state. This conclusion is particularly relevant for political ecology, as it would propose a way forward regarding a transformational strategy that can bring together green NGOs, citizens, and political parties.

The future is degrowth

As the subtitle says, this book is indeed a guide. But it is much more than that: it is a solid analysis of the faults of a growth-based economy, an overview of the different approaches opposing this model, and how they converge (or not) in their goals. Written at a timely moment, this book is both for those just coming across the idea of degrowth, as well as those already familiar with the term.

The Future is Degrowth is arguably one of the most complete works on the concept of degrowth, clearly and thoroughly discussing the need to think beyond economic growth and why and how degrowth is an alternative. Yes, degrowth is both a “provocation” and a utopian project, but it is also something desirable, viable, and achievable. This book is essential reading for both actors within civil society movements and policymakers, as it manages to be extremely ambitious in its goals while remaining realistic. It offers the tools to build a new hegemony based on ecological sustainability and social and economic justice.

The book ends with several topics that deserve deeper discussion as part of the conversation around degrowth, such as class and race, geopolitics and imperialism, and information technology. These prompts are proof that the debate around degrowth can and must continue. An alternative future is possible; it is up to us to make it a reality. Is degrowth that future? Many features of the current moment, from secular stagnation to geopolitical worries over energy security, from demographic ageing to extreme inequalities, point to some form of degrowth (managed or unmanaged) as the solution and thus as the future. The challenge is now to define politics that can handle those changes in a just and democratic way. This book offers a clear guide.

Ecologia, la grande sfida educativa del nostro tempo

I sistemi di istruzione pubblica sono ampie istituzioni che lavorano su un orizzonte temporale molto più lungo del ciclo politico medio. Per la scarsità dei fondi pubblici e la limitata attenzione politica, il ruolo chiave dell’istruzione nel garantire benessere, giustizia sociale e sostenibilità viene spesso trascurato. Abbiamo parlato con Lorenzo Fioramonti, ex ministro italiano dell’Istruzione, dell’Università e della Ricerca, delle sfide della riforma dei sistemi educativi e del perché l’ecologia dovrebbe essere al centro dell’istruzione nel 21° secolo.

Green European Journal: Nel 2019, l’Italia ha fatto notizia in tutto il mondo per aver introdotto il cambiamento climatico nel suo curriculum scolastico. Lei era il ministro dell’istruzione all’epoca. Può spiegare di più? In che misura è stato introdotto in pratica?

Lorenzo Fioramonti: Nel 2018, quando andai al governo e mi chiesero di reintrodurre a scuola l’educazione civica – ormai sospesa da una quindicina d’anni -, proposi che diventasse un’educazione alla sostenibilità. Sono sempre stato convinto della necessità di insegnare la sostenibilità all’interno del curriculum scolastico, ma credevo anche in un insegnamento pratico della materia, non passivo e nozionistico. Così nel 2019 l’educazione alla sostenibilità divenne un’ora a settimana in cui gli studenti realizzassero progetti di cittadinanza sostenibile, di attivismo sul territorio e di economia circolare: dal bilancio energetico della scuola, alla comprensione dell’intersezione tra dinamiche sociali e degrado del territorio.

Cambiare il curriculum scolastico è un’operazione molto complessa, così mi accontentai di cominciare con quell’ora alla settimana. Ma in seguito alle mie dimissioni da ministro, l’iniziativa non fu portata avanti con altrettanto entusiasmo. Nonostante nelle scuole sia stata introdotta l’ora di educazione alla sostenibilità, in mancanza della leadership del ministero, dell’applicazione di linee guida dettagliate e di corsi di formazione per gli insegnanti, molte scuole oggi fanno quello che possono. È un po’ il dilemma del nostro Paese: i governi cambiano ogni anno e c’è questa cultura molto italiana secondo cui chi viene dopo deve disfare le cose di chi c’è stato prima. Senza continuità e leadership, raramente si riesce a raggiungere un cambiamento. 

Poco dopo, ha rassegnato le dimissioni dal suo incarico quando il governo ha negato all’istruzione e alla ricerca i finanziamenti che riteneva necessari. Può parlarci della sua decisione?

Nel nostro manifesto elettorale, avevamo un programma molto serio e innovativo su scuola e università che partiva proprio dall’idea di reinvestire tutto ciò che era stato tagliato nel corso del ventennio precedente. Poco dopo, molte promesse erano state già disattese. In quanto professore universitario prestato alla politica come servizio, mi sono trovato a fare il ministro di una scuola che amo senza avere neanche il minimo strumento per realizzare ciò che avevo promesso.

Dapprima in privato e pubblicamente poi, ho sottolineato come il nostro programma elettorale non stesse ottenendo l’attenzione necessaria, sperando che l’allora capo del governo rivalutasse la situazione. Questo però non è avvenuto e quindi mi sono dimesso, anche per coerenza con me stesso.

Nella politica di oggi l’istruzione e la ricerca sono considerati dei temi di secondo piano, tanto che i politici che vogliono far carriera si guardano bene dal fare i ministri dell’istruzione, dell’università e della ricerca. Eppure, il capitale umano è l’energia di un Paese, e si forma a scuola: il ministro dell’Istruzione e della ricerca è il Ministero del futuro, dove si costruisce il Paese che verrà.

Negli ultimi anni, la pandemia ha scosso i sistemi educativi di tutto il mondo. Qual è stato l’impatto della pandemia sull’istruzione pubblica in Italia? C’è qualche “eredità” positiva che l’epoca pandemica ha lasciato sulla scuola?

Credo che sia andato tutto piuttosto male. Nonostante i buoni risultati ottenuti da alcune scuole, ci sono stati troppi casi di dispersione scolastica e di alienazione. È evidente che la pandemia ha colpito duramente una generazione, lasciando danni psicologici non indifferenti. Possiamo però imparare dai nostri errori.

Innanzitutto, abbiamo scoperto che sappiamo fare lezione solo nel modo tradizionale e che utilizziamo le tecnologie come fossero un surrogato, un sostituto della lezione frontale; ma per essere efficienti, le tecnologie hanno bisogno di un adattamento nel modello di insegnamento, che oggi manca.

Poi abbiamo capito quanto sia di difficile gestione un sistema scolastico fatto di grandi istituti riempiti di studenti, quelli che chiamo ‘i centri commerciali dell’istruzione’. La tendenza degli ultimi decenni è stata proprio quella di chiudere le piccole scuole e concentrare masse di studenti in istituti comprensivi extralarge che non funzionano, soprattutto dal punto di vista didattico.

Spero che la pandemia ci abbia fatto capire quanto sia importante tornare ad avere delle scuole di quartiere, di borgo, di paese: una rete di piccole scuole più gestibili e connesse tra loro, dove fare insegnamento innovativo, lavoro sul territorio e magari anche qualche lezione in comune.

Quando era ministro, ha espresso il desiderio di mettere il clima e l’ambiente al centro dell’istruzione e della ricerca pubblica italiana. Pensa che l’ecologia e la necessaria transizione verde possano fornire un orientamento per l’istruzione e la ricerca?

Non c’è alternativa al fare dell’ecologia e della sostenibilità la bussola del sistema educativo e della ricerca. Da sempre nella storia dell’umanità le grandi sfide sono state parte del modello d’istruzione: basti pensare al diffondersi delle arti liberali – le cosiddette liberal arts del mondo anglosassone – che nascevano proprio dall’esigenza di rispondere alle grandi sfide di quel tempo quali i diritti umani, le libertà individuali e la soppressione degli antichi regimi. Così le arti liberali divennero la base della modernità e della crescita culturale del tempo.

Oggi la sfida esistenziale della nostra epoca è la sostenibilità, ossia salvaguardare la vita umana su questo pianeta. E questa è anche la sfida che si pone innanzi alle nuove generazioni. Quali potrebbero essere, quindi, le ricadute sull’istruzione e sul modello di insegnamento a scuola? Bisognerebbe partire dall’educazione alla sostenibilità per rimettere mano al mondo della scuola e al nostro modello educativo, pezzetto per pezzetto.  

E questo cosa comporta concretamente?

Ho sempre sostenuto che la sostenibilità dovesse diventare un argomento trasversale tra le materie; ma per fare ciò dobbiamo introdurre un approccio transdisciplinare a scuola. Per esempio, oggi insegniamo ancora la storia come una successione di date, ma è ovvio che così non si insegna a comprendere quei fenomeni sottostanti che hanno dato vita a una certa società invece che a un’altra: come si può altrimenti comprendere perché la Francia si è sviluppata in modo diverso dalla Germania, o perché alcune civiltà del passato sono scomparse e altre no? Improvvisamente smettiamo di studiare gli antichi Egizi come se la loro civiltà fosse semplicemente scomparsa. Manca un approfondimento sull’importanza storica dell’interazione tra società e territorio; così gli studenti non capiscono che le società si sviluppano in un certo modo anche a causa delle condizioni ambientali che le caratterizzano.

Questa è la storia come la studiano i grandi storici innovatori ed è molto diversa dall’approccio nozionistico che troviamo a scuola. Persino materie come la letteratura si possono comprendere meglio in base alle interazioni tra culture territoriali e ambiente. Invece si studia la poesia di Leopardi senza associarlo alla sua geografia di riferimento; ma come si può comprendere il perché del colle leopardiano, se non si comprendono le caratteristiche geomorfologiche delle Marche?

Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
This article is from the paper edition
Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
Order your copy

Lei è anche un economista specializzato in economia del benessere. Qual è il ruolo dell’educazione nel benessere e nella qualità della vita?

Più del petrolio, dell’oro o del denaro, la vera ricchezza di un Paese è il suo capitale umano. La visione che un Paese si possa arricchire anche con una popolazione ignorante è piuttosto antiquata. Non a caso le economie che prosperano non sono le economie che hanno materie prime, ma quelle con materia grigia.

Per l’economia del benessere, l’investimento nella scuola, nell’istruzione e nella ricerca è l’investimento per eccellenza. Seguendo questa logica, si ricalcola la ricchezza attraverso una misurazione di quanto la popolazione è colta e capace di innovazione: questo dovrebbe essere il nuovo PIL, non quello che misura ogni giorno quante macchine produco e che è una misurazione del passato che non dice nulla sulla vera ricchezza di una popolazione. È chiaro che l’economia oggi è un’economia della conoscenza e dell’innovazione – anche se l’Italia sta andando nella direzione opposta.  

Il sistema educativo italiano divide gli alunni abbastanza presto in diversi percorsi, alcuni più basati sulla scienza, altri basati sull’istruzione classica, altri più professionali. Alcuni sostengono che questo tipo di differenziazione crei disuguaglianza. Altri sostengono che la crisi ecologica sta dimostrando che la separazione tra “scienze esatte” e “scienze umane” è artificiale e mina la nostra capacità di comprendere il mondo per com’è veramente. Cosa ne pensa?

Sono favorevole ai filoni educativi; non credo serva una scuola generica fino alla fine. Ciò che è importante è che la qualità delle scuole debba essere tale da fornire delle competenze professionalizzanti, di carattere sociale e scientifico, che consentano agli studenti di gareggiare con le tecnologie per comprendere come funziona il mondo.  Per questo c’è bisogno di un approccio trasversale tra le scuole. Non abbiamo bisogno di puri intellettuali né di puri operatori; abbiamo bisogno di intellettuali che sappiano utilizzare le mani e di operatori che sappiano usare il cervello.

I figli delle famiglie più abbienti di Milano e Roma fanno il Liceo Classico. Credo che sia profondamente sbagliato prendere studenti di quattordici anni e fargli fare una scuola classica pensando che sia la scelta migliore: al momento il Liceo non ti dà quelle competenze che oggi servono sempre di più nello studio di certe materie. Oggi studiare i classici senza avere delle competenze tecnologiche significa fare un lavoro che non serve più a nessuno. Basti pensare che uno degli ambiti dove c’è più crescita è la linguistica computativa, ossia la computational linguistics, che vuol dire studiare le lingue, studiare la letteratura e studiare la produzione culturale attraverso l’uso del computer. E lo stesso vale per le scuole tecnologiche, dove se non si comprendono le dinamiche sociali, umane e scientifiche che stanno dietro l’uso delle tecnologie, creiamo un esercito di meri esecutori.

C’è uno stigma legato al perseguire una formazione professionale rispetto a quella umanistica?

Il problema è che spesso i genitori scelgono di mandare il figlio o la figlia nella scuola dove ci sono gli studenti provenienti da famiglie più abbienti. Non è una scelta basata sulla qualità dell’insegnamento, ma piuttosto  dalla consapevolezza che, in buona parte, il futuro dei propri figli sarà determinato dalle relazioni sociali che riusciranno a costruire con i compagni, magari figli di notai, farmacisti e avvocati. Una volta si facevano i matrimoni combinati tra i regnanti, oggi si fanno i matrimoni combinati tra borghesi.

Ipoteticamente parlando, se tutti i ricchi decidessero di mandare i figli in scuole pessime, l’effetto sarebbe comunque lo stesso. Se fossimo in grado di scegliere alla cieca – un po’ come direbbe John Rawls, attraverso un velo di ignoranza, come in una sorta di lotteria -, forse avremmo la possibilità di rilanciare certi settori scolastici.

La nostra società non ha bisogno di puri intellettuali o puri tecnici.

L’Italia soffre da decenni di uno dei tassi di disoccupazione giovanile più alti d’Europa. Cosa deve cambiare affinché l’istruzione affronti questa sfida?

Per risolvere la disoccupazione giovanile, c’è bisogno di fare in modo che i giovani diventino nuovi imprenditori: in Italia c’è una cultura di persone che difficilmente si buttano nell’innovazione e nel mondo dell’impresa. Basti pensare che ancora si considera una carriera di successo quella da lavoratore dipendente. Oggi c’è bisogno di coltivare una cultura dell’imprenditorialità: abbiamo bisogno di incubatori di start-up a ogni angolo, ma anche di opportunità di finanziamento e di formazione per coloro che vogliono provare a creare le imprese del futuro.

Queste opportunità sono l’unico modo per generare quel livello di innovazione nell’economia che poi produce posti di lavoro, soprattutto tra i giovani. In un’Italia in cui il tessuto imprenditoriale dominante è quello delle piccole e medie imprese, in buona parte familiari e gestite per lo più da ultrasessantenni, difficilmente si assume su base meritocratica. Un’azienda guidata da un giovane è, invece, un’azienda che assume altri giovani. Per questo abbiamo bisogno di coltivare una coscienza imprenditoriale che oggi non si forma da nessuna parte, tantomeno a scuola o all’università.

Negli ultimi anni, sono stati introdotti schemi di “alternanza scuola-lavoro” su modello dell’insegnamento “professionalizzante” tedesco. Ma ci sono stati abusi da parte di aziende che, nei casi peggiori, hanno anche portato alla morte di adolescenti durante gli stage. Come si può intervenire?

Non credo che l’alternanza scuola-lavoro debba essere eliminata come concetto, ma andrebbe piuttosto promosso un rapporto paritetico tra mondo della scuola e delle imprese. Ma finché avremo un territorio con situazioni molto disomogenee tra loro, la situazione rimarrà problematica. Abbiamo tante regioni nel nostro Paese dove le imprese non ci sono o sono distanti dagli istituti scolastici; qui gli studenti sono spesso costretti a lunghi tragitti per raggiungere le aziende o si accontentano di realtà più vicine ma inadatte allo scopo. Al contrario, ci sono territori in cui un’ampia presenza di centri di innovazione internazionali permette agli studenti di fare un vero percorso formativo. Se non facciamo in modo che tutti abbiano le stesse opportunità, ogni realtà sarà dipendente dalle condizioni del territorio; avremo studenti che vanno a lavorare da Google e studenti che vanno a fare i muratori o i manovali sotto casa, e magari ci rimettono anche la vita.

Come in molti paesi europei, l’accesso a un’istruzione di qualità in Italia varia geograficamente, all’interno del paese così come all’interno delle città e delle regioni. Cosa si può fare?

I problemi socioeconomici del nostro Paese derivano anche dal fatto che esiste uno stigma legato a certi territori, il quale poi si ripercuote sulle strutture scolastiche. Avremo sempre questa segregazione finché continuiamo ad avere dei quartieri-dormitorio nelle nostre città: luoghi dove la gente dorme, ma non vive. I figli verranno mandati in scuole lontane perché la scuola sotto casa, quando c’è, è di pessima qualità – ed è anche così che i borghi senza scuole si sono spopolati. L’unico modo per combattere la dispersione scolastica è avere delle scuole di prossimità in ogni quartiere. Scuole equipaggiate con tutti gli strumenti per elevare la qualità dell’insegnamento nel territorio: la scuola sotto casa deve dare le stesse identiche possibilità di una scuola nel centro di Milano.

L’obiettivo del governo non dovrebbe essere avere dei picchi di eccellenza, ma una buona qualità diffusa. Pensiamo che il vanto dell’Italia siano quelle poche scuole che sono le migliori al mondo, ma dovrebbe essere avere il 90% delle scuole moderatamente buone.

L’obiettivo del governo non dovrebbe essere avere dei picchi di eccellenza, ma una buona qualità diffusa.

L’Italia ha ricevuto la tranche più grande del Recovery Fund dell’UE e uno degli obiettivi della sua spesa sarà quello di potenziare l’innovazione italiana. Qual è la sua opinione sui piani di spesa per l’istruzione e la ricerca?

Le risorse messe a disposizione da Next Generation sono ottime ma, come spesso accade con i finanziamenti europei, vanno a sostenere le strutture di formazione e di ricerca piuttosto che le persone. Così continuiamo ad avere un Paese in cui abbiamo troppi pochi ricercatori e troppi insegnanti precari sottopagati.

Se anche arriva questa pioggia di miliardi, dobbiamo fare i conti con il fatto che sono fondi che vanno alle strutture, non alle persone. E se in parallelo non investiamo sulle persone, avremo magari scuole riverniciate e pulite, ma piene di insegnanti precari e sottopagati.

In Italia accade poi spesso che i fondi europei siano usati come sostitutivi ai fondi italiani, ma dovrebbe essere il contrario; se i fondi europei coprono i costi dei laboratori, lo Stato italiano dovrebbe trovare i fondi per riempirli con i ricercatori.

L’UE non ha tradizionalmente quasi nessuna competenza nell’ambito dell’istruzione, che rimane una prerogativa ancora largamente nazionale, se non in alcuni casi addirittura locale. Lei vedrebbe positivamente una maggiore integrazione dei sistemi educativi Europei? E in quale ambito?

Poiché vorrei una scuola sempre più localizzata, sono favorevole al concetto di autonomia scolastica. Per esempio, mi piacciono anche le scuole gestite in collaborazione con i genitori, anche attraverso iniziative parentali. Credo che in passato, se non avessimo avuto l’autonomia scolastica, non avremmo avuto il “Modello Reggio”, Maria Montessori o la Scuola di Barbiana – avremmo avuto solo la scuola fascista del periodo tra le due guerre.

Oggi abbiamo bisogno di scuole integrate tra di loro attraverso il modello della rete, non della piramide: scuole che hanno il massimo grado di autonomia, ma in continua collaborazione tra di loro. Personalmente apprezzo molto un modello di insegnamento in cui nella scuola di paese, per esempio nella Comunità montana della Basilicata o del Molise, gli studenti facciano lezione con l’insegnante madrelingua che sta in Inghilterra. Tutto questo, garantendo però i livelli essenziali delle prestazioni. In altre parole, parametri internazionali – con misurazione di finanziamenti e prestazioni a livello europeo – e una gestione locale che lasci scegliere a ogni scuola e regione le modalità per raggiungere tali obiettivi: così avremo scuole più autonome e divertenti, ma che tendono tutte verso un obiettivo comune.

Sia per la Chiesa che per lo Stato-nazione, storicamente l’istruzione pubblica è stata un mezzo per costruire un’identità comune e un senso di appartenenza. Negli ultimi anni questo ruolo sembra essere sfumato anche a causa di società più fluide e sfaccettate. Crede che l’obiettivo di costruire una cittadinanza ecologica possa fornire significato e direzione all’educazione nel 21° secolo?

Assolutamente sì. La generazione che oggi ha meno di vent’anni riscriverà le regole del gioco; un po’ come dopo la guerra, quando nacque la Repubblica e venne scritta la Costituzione per costruire l’Italia repubblicana e democratica di oggi. Come allora, siamo a una svolta storica. Non abbiamo bisogno delle contrade o di tornare al Medioevo per sentirci identitari. È l’educazione ad avere un ruolo essenziale nel creare un’identità sulla base di quello che dobbiamo costruire. La scuola oggi potrebbe generare questa nuova cittadinanza sostenibile, formando la generazione di nuovi padri costituenti che riscriveranno la nostra Costituzione, le nostre leggi, le nostre regole – e che forse creeranno un’Italia diversa.

Alternatywy dla nacjonalistycznej edukacji. Lekcje z Polski

Po latach narodowo-konserwatywnych rządów polski system edukacyjny jest coraz silniej skupiony na podtrzymywaniu archaicznej wizji przeszłości zamiast na dawaniu uczennicom i uczniom narzędzi krytycznej analizy rzeczywistości. Anna Dzierzgowska, nauczycielka historii z Warszawy z doświadczeniami tak z sektora publicznego, jak i społecznego, wskazuje na korzenie tego problemu, sięgające głębiej niż reformy Prawa i Sprawiedliwości. Pokazuje również, jak może wyglądać bardziej włączające, pluralistyczne spojrzenie na przeszłość.

Green European Journal: Jak opisałabyś podejście rządów PiS do polityki edukacyjnej od czasu, gdy partia ta objęła w roku 2015 władzę?

Anna Dzierzgowska: Zanim odpowiem na to pytanie muszę krótko powiedzieć o tym, z jakiej perspektywy mówię. Przez większość mojej kariery zawodowej uczyłam historii w szkołach niepublicznych dziś z kolei pracuję zarówno w sektorze społecznym, jak i publicznym. Jestem również córką osoby, odpowiedzialnej za reformę edukacji za czasów centroprawicowej koalicji AWS-UW po roku 1997.

Wśród skutków tych reform znalazło się utworzenie gimnazjów – nowego szczebla edukacyjnego pomiędzy szkołą podstawową a kształceniem ponadpodstawowym. Dane, zgromadzone m.in. w ramach badań PISA wskazują na to, że ich utworzenie przyczyniło się do poprawy wskaźników kształcenia – przy równoczesnym ograniczeniu nierówności w zakresie jakości edukacji między miastem a wsią. Po początkowych trudnościach, wynikłych z faktu, iż szkoły te gromadziły osoby młode w trudnym okresie ich dojrzewania, nauczycielki i nauczyciele zaczęli cenić uczenie w placówkach tego szczebla.

Rozpoczęłam swoją wypowiedź od tej właśnie kwestii nie bez powodu. Jedną z przedwyborczych obietnic Prawa i Sprawiedliwości była likwidacja gimnazjów i powrót do poprzedniego systemu 8 lat szkoły podstawowej i 4 lat ponadpodstawowej w miejsce modelu 6+3+3. Nie wierzyłam w to, że to zrobią – ale to zrobili. Efektem tego był chaos. Szkoły ponadpodstawowe zaczęły gromadzić więcej uczniów, ale już nie więcej nauczycielek, jako że coraz więcej osób zdecydowało się na zmianę zatrudnienia i znalezienie pracy w nowym zawodzie.

Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
This article is from the paper edition
Making Our Minds: Uncovering the Politics of Education
Order your copy

PiS zdecydował się w roku 2017 na znaczące zmiany w programach nauczania, stawiających na promowanie określonej wizji polskiej historii oraz miejsca kraju w świecie. Jak oceniasz cele, stojące za tą reformą? Kto w tej wizji historii Polski i świata się mieści, a kto jest z niej wykluczony?

Historia znalazła się w forpoczcie tej konserwatywnej kontrrewolucji. Muszę jednak zauważyć, że w Polsce od zawsze była ona nauczana w bardzo narodowocentryczny sposób. Historia polityczna była i jest tu uważana za znacznie ważniejszą niż społeczna czy gospodarcza. Trend ten uległ obecnie turbodoładowaniu – i to do poziomu, przez który sama rozważam odejście z zawodu.

Zmiany, o których mówimy, zostawiają niewiele miejsca na nauczanie z perspektywy wartości, takich jak wolność czy Europa. Zamiast tego opierają się na bardzo już archaicznych trzech filarach: kulturze greckiej, prawie rzymskim oraz chrześcijaństwie. Nawet ten ostatni element jest węższy niż jego ideowy poprzednik – judeochrześcijański model religijności. Zamiast mówienia o przeszłości z perspektywy praw człowieka musimy się godzić na propagandową narrację o wielkiej Polsce w potężnej Europie. Taka wizja historii nie umożliwia nam zrozumienia źródeł współczesego (nie)ładu światowego, nie mówiąc już o jego zakwestionowaniu.

Podobne trendy można zauważyć w nauczaniu innych przedmiotów – dla przykładu lekcje Wiedzy o Społeczeństwie (WoS) zastąpione zostały Historią i Teraźniejszością (HiT) gdzie, pomimo nazwy, nie pozostało zbyt wiele miejsca na rozmowę o współczesności. To dużo bardziej pomnik obsesji obecnego ministra edukacji, Przemysława Czarnka, nakierowanych na walkę z „ideologią gender”, feminizmem, marksizmem czy osobami nieheteronormatywnymi. Kusi mnie czasem nauczanie tego przedmiotu po to, by mówić o tych kwestiach na sposób, który byłby w kontrze do założeń ministerstwa.

Zmiana ta nastąpiła pomimo tego, że WoS był wśród młodych ludzi całkiem popularny. Rozmowa o współczesnych wyzwaniach była źródłem żywych emocji. W trakcie niedawnego kryzysu humanitarnego na granicy z Białorusią (będącego rażącym złamaniem praw człowieka) rozmawiałam ze swoimi uczennicami i uczniami na temat wojny w Afganistanie. Wspólnie oglądaliśmy dokumenty na temat niedawnego przejęcia władzy w tym kraju przez Talibów. Celem było zrozumienie tego, skąd pochodzi część spośród trafiających do nas uchodźców i dlaczego Polska ponosi co najmniej częściową odpowiedzialność za ich sytuację. Współczesna historia zachodniej i środkowej Azji jest czymś, czym powinniśmy być bardzo zainteresowani. Zamiast tego musimy radzić sobie z przedmiotem, który każdą nową ideę (w tym ekologię) prezentuje w kategorii potencjalnego zagrożenia dla konserwatywnego sposobu myślenia, przed którym należy chronić młode osoby.

W jaki sposób sytuacja różni się od dotychczasowych programów nauczania? Jakie są skutki tych zmian po pięciu latach od omawianej przez nas reformy?

Wszystko to skutkuje brakiem umiejętności szerszego, globalnego spojrzenia na to, co się dzieje współcześnie. Mamy program, który zamyka nas przed światem i nie pozwala na poszerzenie perspektywy. Funkcjonujemy w systemie, który daje nam fałszywe poczucie wiedzy. Kończący szkołę są przekonani, iż wiedzą sporo o świecie i o tym, czym jest wiedza oraz historia. Nie muszą potem pamiętać wszystkich dat i faktów, mają za to silne opinie co do tego, że historia to polityka, a nie np. her- czy queerstorie.

W efekcie wracamy do kwestii z poprzedniego pytania, a mianowicie o to, o czyjej historii mówimy. W tym wypadku – o historii zwycięzców i perspektywie narodowej, wykształconej w XIX wieku w czasach europocentryzmu, kolonializmu i ksenofobii. Z tej perspektywy uczymy się na przykład o Mieszku I jako twórcy nowoczesnego państwa polskiego bez uwzględniania tego, że w obliczu współczesnej wiedzy naukowej opowieść ta ma niewiele lub zgoła nic wspólnego z faktami.

Na tym jednak problem się nie kończy. Żyjący w X wieku książę prezentowany jest jako jeden z kluczowych graczy świata, w którym żyjemy – świata kryzysu klimatycznego i uchodźczego. Zmuszamy młodych ludzi do zapamiętywania przeszłych władców Polski, a jednocześnie nie widzimy większego problemu w tym, że nie do końca wiedzą jak wygląda Azja, jacy ludzie zamieszkują Bliski Wschód i że nie wszyscy z nich są muzułmanami. Nie mówiąc już o wspominaniu, że nie powinno się utożsamiać muzułmanów z islamistami.

Już te przykłady dają pewne wyobrażenie co do tego, o czyjej historii tu mówimy. Mamy do czynienia z wąską interpretacją przeszłości, w której marginalizuje się społeczności inne niż państwa i narody. Nie uczymy się za wiele o historii chłopów jako klasy społecznej, o historycznej pozycji kobiet czy odmiennych formach samoorganizacji, takich jak społeczności zbieracko-łowieckich. Wśród materiałów edukacyjnych znajdziemy nawet takie, w których – w kontekście niewolnictwa w USA – więcej miejsca zajmują biali abolicjoniści niż doświadczenia społeczności afroamerykańskiej.

Wszystko to dzieje się w kontekście i tak już przeładowanych programów nauczania, przez co brakuje czasu na krytyczną analizę, która dałaby uczennicom i uczniom wiedzę o sposobach studiowania historii, jej interpretacji oraz rozmawiania na jej temat – włącznie z posiadaniem własnego, nawet niepopularnego zdania. W klasach, w których większość osób decyduje się na zdawanie historii na egzaminach, tego typu spojrzenie jest jeszcze mocniej usuwane w cień, priorytetem staje się bowiem osiągnięcie możliwie najlepszych rezultatów na testach.

Historia polityczna była i jest tu uważana za znacznie ważniejszą niż społeczna czy gospodarcza.

Rządy PiS wyróżnia konserwatywne, skupiające się na rodzinie podejście do polityki społecznej, którego symbolem jest program 500+. Czy podobny poziom inwestycji kierowany jest w stronę systemu edukacyjnego? Szkoły mają dziś więcej pieniędzy?

Nieszczególnie podoba mi się ta interpretacja. To prawda, że mamy do czynienia z pojawieniem się transferów finansowych, takich jak słynne 500 złotych na dziecko, ale nie oznacza to jeszcze powstania nowoczesnego państwa dobrobytu. Szkoły są dziś wprawdzie wyposażone lepiej niż kiedyś, a część samorządów inwestuje w szkolenia nauczycielskie więcej niż inne, ale już nawet płace w sektorze nie wyglądają zbyt różowo.

Pandemia koronawirusa pokazała skalę niedoinwestowania szkolnictwa. Nauczanie zdalne realizowane było na prywatnych komputerach nauczycielek i nauczycieli. Uczennice i uczniowie musieli radzić sobie z poważnymi problemami ze swoim zdrowiem psychicznym (o którym wiele się mówi, ale nieszczególnie dużo się robi), a część z nich de facto zniknęło z systemu edukacyjnego na długie tygodnie i miesiące.

Sytuacja jest jeszcze bardziej niepokojąca w innych obszarach, którym stanowić powinny kręgosłup nowoczesnego państwa. Jesteśmy świadkami zapaści w systemie publicznej ochrony zdrowia, a także braku spójnej polityki mieszkaniowej. Instytucje kultury nie są uznawane za kluczowe przestrzenie debaty publicznej, ale za łup, który wspierać ma realizację konserwatywnej polityki. Opcje transportu publicznego poza wielkimi miastami pozostają dość ograniczone.

Rok 2019 stał pod znakiem dużego strajku nauczycielek i nauczycieli w Polsce. Czy mogłabyś powiedzieć więcej na temat źródeł tego sporu? Jak wyglądają dziś stosunki między rządem a środowiskami nauczycielskimi?

O sporej części problemów, które doprowadziły do rosnącego niezadowolenia (czy wręcz gniewu) z polityki rządowej zdążyłam już powiedzieć. Rezultatem tego niezadowolenia były trwające tygodniami strajki, w trakcie których nie odbywały się zajęcia szkolne. PiS postanowił spacyfikować ten bunt rękami dyrektorek i dyrektorów szkół – osób, które często prywatnie popierały protesty, natomiast z powodu piastowanej funkcji musieli przestrzegać płynących z góry nakazów. Musieli oni zorganizować egzaminy końcowe, co doprowadziło do rozładowania protestów.

Było to bardzo gorzkie doświadczenie. Przez długie tygodnie rząd zdawał się nie przejmować się faktem, że dzieci nie chodzą na lekcje. Nauczycieli nie słuchano, tylko postanowiono zmęczeniem zmusić ich do posłuszeństwa. Choć formalnie strajk uległ jedynie zawieszeniu miał on swój ciąg dalszy w postaci osób rezygnujących z zawodu. Coraz większa część z nas uczy w więcej niż jednej szkole. Na poziomie indywidualnym taka sytuacja to nie problem, prowadzi bowiem do zwiększenia dochodów. Jest to jednak niezwykle szkodliwe pod kątem budowania społeczności szkolnej. Przemykamy się z jednego na drugi koniec miasta, nie mając czasu na budowanie więzi z uczniami i rodzicami.

Chciałabym wspomnieć o czymś jeszcze – o zmianach w nadzorze pedagogicznym. Doprowadziły one do sytuacji, w której dialog między radami szkolnymi, nauczycielami, uczniami i rodzicami zastąpiony został przez sprawdzanie spełnienia biurokratycznych formalności. Kluczowe jest to, by wszystko zgadzało się w papierach. Takie podejście przyczyniło się do pogorszenia komunikacji oraz funkcjonowania samych szkół.

Jakie alternatywy mają przed sobą rodzice, chcący uniknąć narażenia swoich dzieci na nacechowane nacjonalizmem treści? Czy przejście do prywatnego systemu szkolnego może przyczyniać się do wzmocnienia już istniejących podziałów przestrzennych czy klasowych na osi „progresywne miasto – konserwatywna wieś”?

Jestem absolwentką pierwszej niepublicznej szkoły w Polsce – nie oznacza to jednak, że jestem fanką tego modelu. Szkoła ta dała mi wiele, a dziś daje pewien podstawowy poziom bezpieczeństwa tak nauczycielkom, jak i uczniom. Równocześnie jednak istnienie takiego modelu prowadzi do odpływu rodziców z wysokim kapitałem społecznym z publicznego systemu szkolnego, co sprzyja podtrzymywaniu podziałów społecznych. To kolejny przykład na to, jak dobra, racjonalna na poziomie indywidualnym decyzja (dzięki której np. uczennice i uczniowie trafiają do mniejszych klas) może prowadzić do negatywnych skutków społecznych.

Pewne problemy pozostają uniwersalne. Cały system edukacyjny jest obecnie skonstruowany tak, by utrudniać współpracę między rodzicami i nauczycielami, co prowadzi do sytuacji, w której znacząca część tej pierwszej grupy stawia przede wszystkim na realizowanie programów nauczania pod kątem egzaminów. Nie zapominajmy też o już istniejących napięciach o to, kto właściwie – instytucje publiczne czy rodzice – kierować powinien kierować nauczaniem.

Pandemia doprowadziła do rozpowszechnienia się problemów, związanych z izolacją społeczną. Obserwując uczennice i uczniów, powracających do szkoły z lekcji na Zoomie widzimy, jak trudno idzie wyuczenie ich podstawowych umiejętności społecznych. Zjawisko to może być źródłem pokusy dalszego rozluźniania relacji z publicznymi placówkami poprzez upowszechnianie się zjawiska nauczania domowego, przyczyniającego się do jeszcze większego rozwarstwienia społecznego.

W jaki sposób doświadczenia w zakresie kształcenia w wielokulturowej szkole w Warszawie ukształtowały Twoje podejście do tego, jak powinien wyglądać system edukacyjny – w szczególności zaś nauczanie historii?

Marzę o świecie, w którym uczę historii, ruszając z klasą do Berlina we wrześniu, Teheranu w październiku czy Rio de Janeiro w kolejnych miesiącach. Choć wiem, że nie jest to realistyczny scenariusz to wizja, w której nie ograniczamy się do czterech ścian szkoły i uczymy się krytycznego myślenia w przestrzeni publicznej, jest jak najbardziej do zrealizowania.

Mój „program minimum” dla systemu edukacyjnego zawiera w sobie lekturę co najmniej jednej książki historycznej (innej niż podręcznik szkolny) rocznie, dzięki czemu uczennice i uczniowie konfrontują się z różnorodnymi narracjami. W trakcie moich zajęć dyskutujemy o tych źródłach i poznajemy rozwój historii jako nauki. Szczęśliwie mamy dziś znacznie więcej dobrych, gotowych do użycia materiałow internetowych, takich jak nagrania ciekawych dyskusji. Więcej – ale nie dostatecznie dużo, co widać nawet w pozornie dobrze rozpoznanych tematach, takich jak ruch sufrażystek. Niektóre materiały (takie jak dokumenty o kolonializmie czy seksualności przygotowane przez telewizję Arte) dostępne są jedynie przez ograniczony czas, co ogranicza możliwość ich wykorzystywania.

Nauczanie oparte na źródłach jest możliwe w szkole niepublicznej, w której w klasie mamy 20 osób – nie tak łatwo zaś w publicznej, w której w jednej sali jest ich 36. Z tego właśnie powodu musimy zmniejszyć wielkość klas, ale również częstotliwość testowania uczennic i uczniów, dzięki czemu więcej będzie przestrzeni do dyskusji, wymiany zdań. Mniej testów, więcej perspektyw – w tym spoza Europy i z różnych grup społecznych!

Marzę o świecie, w którym uczę historii, ruszając z klasą do Berlina, Teheranu czy Rio de Janeiro…

W jaki sposób możemy używać historii do tworzenia wspólnych, niewykluczających tożsamości? Jak może ona budować między nami mosty i poszerzać naszą wyobraźnię?

Po pierwsze –- w polskim kontekście – musimy doprowadzić do uspójnienia systemu. Od kiedy pamiętam spotykałam się z tezą, że choć ciąży na tobie obowiązek przekazywania wiedzy z programów nauczania to możesz znaleźć przestrzeń do tego, by przedstawić uczniom swój punkt widzenia, póki tylko zrealizowana będzie praca papierkowa i zdane zostaną egzaminy. Na takiej bazie nie da się jednak budować systemu edukacyjnego. Powszechne kształcenie powinno dać nam wszystkim narzędzia, umożliwiające zrozumienie skomplikowanej rzeczywistości, w której żyjemy.

Podam tu przykład potrzeby takiego krytycznego myślenia. Na niedawnych zajęciach czytaliśmy „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza – nie jako źródło literackie, ale historyczne. Widzimy w nim dwójkę dzieci (Polaka i Angielkę) walczących o przetrwanie w Afryce, które na swej drodze spotykają stereotypowych „tubylców” w postaci Arabów czy Czarnych Afrykanów. Zetknięcie się z obecnym na stronach tej książki rasizmem było traumatycznym doświadczeniem – zarówno dla mnie, jak i dla moich uczennic i uczniów. Książka ta jest tymczasem elementem kanonu lektur szkolnych, którą czyta się i omawia bez dawania szerszego kontekstu, umożliwiającego zrozumienie tych rasistowskich podtekstów, które potem kształtują nasz sposób myślenia o świecie muzułmańskim czy o Afryce.

Czeka nas zatem zmierzenie się z niekończącą się dyskusją o kanonie – zestawie lektur, uważanych za niezbędne dla bycia częścią danej społeczności. Chciałabym, by środek ciężkości przeniósł się na rozmową o sposobach wsparcia czytania na szerszą skalę, uwzględniającego bardziej zróżnicowany zestaw źródeł – w tym literaturę współczesną, pozostającą dziś na marginesie programów nauczania w Polsce. Nie powinniśmy przy tym ograniczać się do perspektywy narodowej. Powinniśmy również zauważyć rolę i wzmocnić znaczenie innego narzędzia rozumienia świata – sztuki, która pozwala ludziom wyrażać siebie i współpracować zamiast konkurowania ze sobą. Taki zestaw zmian mógłby pomóc nam zbudować lepszą przyszłość.

Accession and the Meaning of European Citizenship

After years of stagnation, the aspirations of countries to the east and southeast of the EU to become members have been given renewed impetus by the Russian invasion of Ukraine. For the populations of these prospective members, accession will also grant them European citizenship – with consequences both for them as well as for current European citizens. We spoke to political scientist Jelena Džankić about the prospects for further EU enlargement, the use and misuse of passports, and the future of citizenship.

Green European Journal: Faced with the current Russian aggression, Ukraine, Moldova, and Georgia have all made moves to try to accelerate the prospect of EU membership. Apart from what it would mean on the level of the state or geopolitics, what does European citizenship represent to people in these countries?

Jelena Džankić: Obviously, the situation in Ukraine has had a strong impact on the discussions around future European enlargement but also on the form and substance of an enlarged EU. Security concerns have also sparked discussions around the accession of Georgia and Moldova and reinvigorated the talks of the accession of countries in the Western Balkans, which had stalled for the past decade. We have heard multiple proposals for future enlargement, so the choice of which route to take will define the future shape of both the EU and of European citizenship.

For citizens of countries in line for accession or countries that are in the process of negotiating EU membership, EU citizenship means a lot. And it probably means far more than what it means emotionally to most of those who already have it. People from Georgia, Moldova and Ukraine face far more restrictions when it comes to accessing the labour markets of other countries, opportunities to be educated, or opportunities to travel abroad. Joining the European Union would signal a major economic step forward, but also a kind of of security link. It would represent something that they have desired for over 30 years, since the fall of communism: the prospect of being recognised as European. Now, the reality on the ground is a little bit different, and therefore, I sincerely doubt that this fast-track succession will materialise anytime soon.

French President Emmanuel Macron has suggested associate membership for some countries that are aiming to join the EU. Would this be a viable alternative?

We have countries in the Western Balkans who are already negotiating EU accession: Serbia and Montenegro. In addition, Albania and North Macedonia have been recommended for the start of accession negotiations. But there are different blockages in the process, which are becoming more visible. It is also important to mention that since 2004, the EU’s experience with enlargement has not been exceptionally positive: we can see the increasing appeal of illiberal politics across the former communist member states, as well as democratic backsliding in Cyprus and Malta.

This shows the current strategies of enlargement are not working as they should. Alternatives have been suggested, such as Macron’s proposal. At the same time, the option of a “phased integration” has been proposed by think tanks in Brussels and in the Western Balkans. That means that countries from the region, but also Georgia, Moldova, and Ukraine could be phased in, first by gaining observer status in certain EU institutions and then, as different conditions are met, gradually moving towards membership.

In my view, both the phased accession and the associate status can be seen as a double-edged sword. On the one hand, both options are better than the current scenario in which nothing is happening. At the same time, if a country is offered potential associate status but nothing more, this might disappoint local advocates of EU membership. It could even lead them to turn towards other political players. In Eastern Europe and the Western Balkans, other actors are present, geopolitically – not only Russia but also China, Turkey, and others. With phased accession, countries may reach a certain point in the process and no longer wish to go further.

In my own opinion, rather than thinking about alternatives, there should be a discussion on a mechanism that could enhance EU enlargement, firstly by strengthening the internal democratic capacity of the European Union and, secondly, by strengthening the EU’s capacity to export those values and help rebuild the institutions that motivate these countries, in a way that would be democratically sustainable. I think that this is the kind of discussion that is very much needed, because anything else – including the phased integration or the associate status – is just a pseudo-solution.

Ultimately, the decisions taken by the European institutions regarding further enlargement, and who the next set of EU citizens will be, will determine the substance of what Europe will be, as well as what kind of integration is desired for the future.

The current strategies of enlargement are not working as they should.

The European Union has shown far more willingness to accept Ukrainian refugees than people fleeing other conflicts, does this tell us anything about European identity and citizenship?

At the symbolic level, we see several elements: the perceived traits of desired migrants, the geographical proximity, and the framing of the war as an attack on values. We should remember that during the conflicts in Bosnia and Herzegovina and in Kosovo, in the 1990s, refugees were also welcomed by EU member states, as were the Albanian refugees in Italy in the same decade. As to the reasons why these refugees encountered more sympathy, there is a factor that cannot be said openly: refugees from places such as Syria and Afghanistan, and Kosovo to some extent, are perceived as different by many Europeans.

In addition, Ukraine is “here” – meaning it borders some of the eastern EU countries. And when a war is that near, we are more likely to empathise with people from that part of the world. Moreover, Russia, the main aggressor towards Ukraine, has had a huge impact on many Eastern European countries, and not in a good way. Ukraine has expressed its willingness to be a part of Europe and was moving towards NATO membership but is being blocked by Putin’s Russia. For many people in Europe, freedom and democracy are considered core values. Perhaps this was perceived as an attack on those values.

More generally, what is the link between the idea of citizenship and the idea of democracy? Should citizenship always come hand in hand with voting rights? Or should there be a distinction between voting and non-voting citizens?

This is an essential question. There are different conceptions of citizenship, as each country sets its own rules about citizenship, and the rights that come with it. Some countries recognise as citizens only those who reside on their territory, and perhaps some of those who have emigrated from there to a different country. These countries might differentiate between the rights they give to the people who live and pay taxes in the country, as opposed to those who live and work in, let’s say, the United States. The people who live abroad still have their passport, and once they come back to this country, they will have all the associated rights, but not when they are resident elsewhere.

Another approach would be that of Hungary, which recognises as citizens not just those who are physically present, but also its ethnic kin. At one point, Hungary also had an investor residence programme, through which one could eventually become naturalised in the country. This system gives passports to those who live beyond the state’s borders, and then at some point these people also get the rights associated with citizenship.[1] Countries that give passports to their ethnic kin or emigrants abroad, do it either to reinforce their links with the diaspora for the purposes of remittances or other benefits for the state, or it could be a foreign policy tool, as well as a means to strengthen certain political factions in different countries.

Among the countries that take this second approach, we see a difference in the degree of rights afforded to citizens outside the country. Italy, for example, has handed out passports to numerous descendants of Italian citizens in Argentina and other South American countries. Those people have most of the rights associated with citizenship, but some key aspects, such as voting rights, are linked to residency, or formerly to being physically present on the Italian territory or on the territory of the EU. Whereas in Hungary, non-resident citizens can vote.

If you ask me which approach to citizenship is the right one, I would go back to the idea and the ideal of citizenship as a tool that is not reduced to the mere possession of a travel document. We have to think about citizenship as something that recognises that an individual has stakes in a particular community and that they can actually contribute to the future of this community by voting and taking part in political processes in this country. This is something that the political theorist Rainer Bauböck calls the stakeholder principle of citizenship. I think that to create a true community of citizens, you have to create a participatory community.

Should there also be certain duties attached to citizenship? 

All of us are bound to contribute in some way. Traditionally, taxation is one of the main duties of citizenship. As was said in the context of the Boston Tea Party: there should be no taxation without representation. However, contemporary scholarship has argued that the aspect of the duties of citizenship is hollowing out. This is mostly related to the fact that military duty had been traditionally associated with the conception of citizenship, but as armies become professionalised, citizens no longer have the obligation to serve in the military. In addition, many of the obligations that are related to taxation are connected to residency as opposed to citizenship. Another core duty is abiding by the laws of the state.

To create a true community of citizens, you have to create a participatory community.

If every country can decide for itself who its citizens are, is there a risk of this being misused within the EU, for example, by member states that give out so-called golden passports?

In the context of the European Union, there have been “strategic uses” – but we can also call them abuses – of citizenship. For example, by countries that offer passports to ethnic kin, and especially by those whose passports can be bought. On the basis of treaties, the rules will say that each EU member state is free to decide who its citizens are. This essentially means that the European Union has very limited competences in the domain of citizenship regulation. The European Commission cannot tell its member states which people they can or cannot consider citizens. So, in 2019, the European Commission published a report on investor citizenship and residency schemes, in which it said EU member states should not grant passports to persons without a genuine link to the state.

The process is not made easier by the fact that the concept of a genuine link is highly contested. Is it the link by blood that we should see as genuine? Or would it mean residing in a given country? Nevertheless, I think that since the publication of the 2019 report, there have been significant steps in the fight against the abuse of citizenship. The former Maltese prime minister’s chief-of-staff was charged in connection to corruption in the immigrant investor programme in the country, and in Cyprus, the speaker of the parliament had to resign due to passport corruption, as Al Jazeera’s Cyprus Papers showed that persons who were considered to be a high security risk were granted the country’s passport.

In 2020, the European Commission started the infringement proceedings against member states engaged in the sale of passports. So, this is ongoing, and these infringement proceedings take a long time, so the outcome remains to be seen. In the meantime, with the start of the conflict in Ukraine, various European institutions have started different initiatives. The European Parliament has published a resolution calling on member states to immediately stop selling passports, especially to persons from Russia and Belarus, and to withdraw passports from those who are involved with Putin’s regime. In practice, the war in Ukraine has shown how dangerous these programmes can be, because countries handing out passports in exchange for investment are not just handing out their own passports, but the rights associated with being a citizen in any other member state as well.

What is your assessment of the digital forms of citizenship?

The potential of these technologies is in creating forms of digital identification. The UNHCR started a process that is related to providing displaced persons with identification documents in Africa. The idea behind the project is for everyone to have an ID in the future, so that they can access relevant services, and I think that this is where digital technologies can be helpful.

Digital technologies are also relevant when we talk about everyone’s ability to choose their citizenship – because there are already projects, such as bit nations (a “Decentralised Borderless Voluntary Nation”), where each individual can essentially log in through blockchain technology, and can self-identify as whatever they wish. They can also access some of the rights of citizenship in this digital space. There have even been some blockchain marriage contracts. I certainly see some potential for these technologies to create something positive for the future.

At the same time, there are dangers of linking technology and citizenship. For example, the potential abuse of technology for the purpose of creating something that my colleagues Wessel Reijers and Liav Orgad refer to as the “perfect citizen”. This is something that we can see happening with the social credit system in China, which gives citizens a score, that is added to by “good actions” and deducted from by “bad actions”. Then, if you go to a bank to take a loan, or if you want to buy train tickets, the price is determined by how “good” you are. I see that as a model for abuse and control.

How might citizenship evolve? Is there a likelihood of moving towards more flexible or cosmopolitan arrangements?

I think that our understanding of citizenship, which is mainly based on the European experience, might need some adjustment. It might need to account for things that are happening in different parts of the world and to protect those individuals who are most vulnerable, such as citizens of small island states that are disappearing as a result of climate change who may become climate refugees. Creating a truly cosmopolitan way of living or thinking will take a long time, however. First, change is needed in the way in which people think about their environment, about their relationships with one another, and about the world in general. If we continue to classify people based on their gender, skin colour, their preferences or any other trait, I do not think that this world can become more cosmopolitan. The human mindset will have to change, and that can happen through the creation of more inclusive and pluralistic environments. I hope that this will h


[1] Editor’s note: in Hungarian elections, approximately 4 per cent of votes comes from people of Hungarian origin residing in neighbouring countries who acquired Hungarian citizenship in the past decade; over 90 per cent of them support the authoritarian prime minister Viktor Orbán.

Pierre Bourdieu : Le capital culturel au XXIe siècle

Les écrits du penseur français Pierre Bourdieu (1930-2002) ont anticipé bon nombre des inégalités ressenties dans les sociétés post-industrielles d’aujourd’hui. Malgré les immenses ressources consacrées à l’éducation et les taux records de fréquentation universitaire, la promesse de mobilité sociale par l’égalité des chances sonne faux. N’est-il pas temps de réfléchir de manière critique à la fonction sociale de l’éducation ?

La richesse des sociétés dans lesquelles règne le mode de production capitaliste s’annonce comme une immense accumulation de marchandises intellectuelles, culturelles, symboliques. 

Il ne s’agit pas seulement de l’offre pléthorique de produits à consommer (audiovisuel, art, mode, etc.) pour satisfaire les besoins sociaux et psychologiques d’une large classe moyenne, mais aussi des actifs intangibles qui font la valeur des entreprises (marques, brevets, réseaux, etc.) et encore des compétences incorporées par les individus ou inscrites dans leurs titres éducatifs. Aujourd’hui la valeur totale de ce capital immatériel, quoique difficilement calculable, paraît excéder de beaucoup celle qui est attribuée aux simples biens tangibles: c’est la richesse intangible des nations. 

Sommes-nous prêts à reconnaître la logique perverse de la course au capital culturel ?

Mais c’est surtout son coût, c’est-à-dire la quantité de ressources naturelles investies dans l’accumulation de ressources abstraites, qui impressionne. Dès lors, il semblerait que si l’on veut comprendre la nature  spécifique du capitalisme du XXIe siècle, il faut examiner les lois qui régissent la circulation du capital immatériel. Il faut donc revenir incessamment à l’œuvre de Pierre Bourdieu, mais non sans faire tout d’abord un détour par Max Weber.

En effet nous devons à l’auteur d’Economie et société l’intuition fondamentale selon laquelle le capitalisme, en tant qu’ordre social bureaucratique qui vise au maximum de rationalisation, dépend de plus en plus de ses institutions éducatives et de leur capacité de délivrer des titres aux individus. “Capital culturel”, “capital social”, “capital symbolique”, “capital humain” sont autant de formules par lesquelles depuis les années 1960 les sciences sociales ont tenté de métaphoriser, conceptualiser, voire de quantifier la valeur immatérielle incorporée par les individus, en opposition à la pure valeur économique constituée par le capital au sens strict (patrimoine et actifs tangibles). 

Weber en son temps avait déjà remarqué que la seule catégorie de classe, construite sur la base de critères économiques, n’était pas suffisante pour expliquer les inégalités dans le capitalisme bureaucratique: celles-ci dépendent tout autant du statut des individus. La sociologie successive, notamment celle de Bourdieu, s’est attachée à examiner les rapports de convergence et de divergence entre capitalisation économique, culturelle et sociale: il est désormais acquis qu’un haut capital culturel puisse coexister avec un bas capital économique, comme c’est souvent le cas dans les professions intellectuelles. Les plus récentes études sur la stratification sociale, comme celle dirigée par Mike Savage au Royaume Uni en 2013, prennent en compte les différentes combinaisons entre ces trois formes de capital.

En effet, au sein de l’immatériel il y a encore une différence de taille entre le culturel et le social. Si le capital culturel au sens strict est incorporé par l’individu, principalement dans sa mémoire, mais aussi objectivé dans ses propriétés (livres, vêtements…) et institutionnalisé par ses titres, le capital social est attribué de l’extérieur à l’individu, inscrit dans la mémoire des autres individus ou dans les relations mêmes. On pourrait aussi ajouter qu’un individu ne peut pas faire grand usage de son capital culturel si celui-ci n’est pas objectivé, institutionnalisé puis converti en capital social, c’est-à-dire reconnu par la société à travers une médiation institutionnelle ou réputationnelle; mais il peut bien sûr utiliser son capital culturel pour incrémenter son capital social (c’est ce qui arrive, par exemple, en passant un concours) et par son capital social acceder au capital économique.

Le concept de capital culturel était déjà à l’œuvre des siècles avant sa conceptualisation, dès l’aube des temps modernes avec le développement des administrations publiques, voire au Moyen-Âge avec les premières universités. Accroître sa condition à travers un investissement de ressources économiques dans sa formation culturelle, voilà l’étonnant mécanisme de conversion et reconversion qui préside à la reproduction sociale. Il s’agit de transformer une forme de capital en une autre forme de capital – un capital de compétences, de relations, de titres… – dans le but finalement d’obtenir plus de capital qu’on en avait investi au départ. La bureaucratisation du monde moderne a donc tous les traits d’un capitalisme culturel. Or l’éducation universelle et gratuite, garantie en France depuis 1881 sur la base des principes de 1789, était censée avoir lissé ce genre d’inégalités.

La question est donc de savoir si le même investissement produit systématiquement le même retour, ou si d’autres facteurs entrent en jeu. Pierre Bourdieu et Jean-Claude Passeron tenteront d’y répondre dans deux livres célèbres de 1964 et 1970, Les Héritiers et La reproduction: les sociologues montrent que chaque individu entre dans la machine éducative avec la dotation de codes et de compétences qui lui vient de son milieu d’extraction, et en ressort certes avec une dotation accrue mais sans que les écarts de départ se soient lissés. Or ce sont ces écarts qui vont déterminer la “distinction” qui a son tour détermine les différences socio-économiques, précisera Bourdieu en 1979. Les individus qui avaient plus de capital culturel au départ ont pu le faire fructifier plus que ceux qui en avaient moins. Les choses ne se sont pas améliorées depuis. La promesse de mobilité sociale serait-elle donc une leurre?

On ne saurait surestimer le rôle du système éducatif dans la société contemporaine. L’école et l’université servent à la fois à transmettre les éléments partagés de la socialisation primaire, les compétences requises par le système productif sur la base d’une différenciation fonctionnelle des tâches, ainsi que les titres qui permettent d’affecter les individus à leurs fonctions. D’une part le système égalise, de l’autre il différencie; mais les différences sociales et économiques qu’il fabrique, et qui remplacent les différences naturelles, sont censées être justifiées par le mérite. C’est ainsi une quatrième fonction fondamentale que le système éducatif réalise de surcroît, celle de justifier l’ordre social. Il faut bien combler l’écart entre la promesse d’égalité et les inégalités qui persistent: ce sera par l’échec scolaire. L’école et l’université composent un sous-système qui produit la légitimation dont se sert le système politique-économique pour opérer. Sans cette légitimation, il n’est pas certain que le système continuerait à fonctionner.

Ainsi lorsque Bourdieu dénonce les contradictions du système éducatif républicain, l’enjeu est de taille: s’il s’avère que le sous-système éducatif n’est pas effectivement en mesure de garantir l’égalité des chances, c’est à dire de mettre à plat les différences en entrée, c’est tout le système politique-économique fondé sur l’idée libérale – ce que l’on nomme en France la République – qui est mis à mal. Or la conclusion du sociologue peut s’énoncer tout simplement: l’école et l’université, en France, n’égalisent pas. Les différences en entrée du système se retrouvent en sortie. Si cela est vrai, mais surtout si cela apparaît en pleine lumière, le système éducatif va bien réaliser ses trois fonctions les plus évidentes – socialiser les individus, leur donner des compétences et les affecter à des tâches – mais pas la quatrième. Et ne pouvant pas servir de dispositif d’égalisation, il laisse le système politique privé de son fondement métapolitique. 

s’il s’avère que le sous-système éducatif n’est pas effectivement en mesure de garantir l’égalité des chances, c’est tout le système politique-économique fondé qui est mis à mal.

Depuis quelques années, un débat sur la méritocratie fait rage. Des auteurs tels que Michael Sandel aux USA et David Goodheart au Royaume-Uni ont dénoncé les effets inégalitaires des processus de sélection professionnelle, ainsi que ses externalités morales: défaut de reconnaissance, frustration, névroses de classe… Des économistes tels que Robert Frank ont analysé les dysfonctionnement d’une “winner takes all society” qui oblige à la suraccumulation improductive de capital immatériel afin de sélectionner son capital humain: Thorstein Veblen avait déjà dénoncé ce risque il y a un siècle; Ibn Khaldun il y a presque un millénaire. 

Car la conversion du capital culturel en capital économique est une alchimie complexe, censée opérer en deux moments distincts. Tout d’abord, les institutions éducatives fonctionnent comme des transformateurs: elles consomment de la richesse matérielle pour produire une richesse intellectuelle. Mais ce qui fait que cette richesse immatérielle se retraduise en monnaie sonnante, c’est qu’il y ait ensuite une demande à satisfaire: dans le passé des administrations publiques, un clergé qui embauche, ou tout simplement assez de clients pour les médecins et les avocats qui s’offrent; aujourd’hui un ample secteur tertiaire. Il faut que le capital culturel “fasse réaction” avec le capital social. Ainsi retrouve-t-on ici le schéma marxien argent-marchandise-argent, qui ne peut se réaliser qu’à condition d’une valorisation sur le marché. Sans quoi, investir en capital culturel peut aboutir à une perte nette: les places sont chères, et ceux qui auront plus de difficulté à valoriser leur capital culturel sont ceux qui viennent de contextes plus défavorisés. Pourtant, les coûts associés à son accumulation ne font qu’augmenter, en suivant une logique de “course aux armements”: ainsi se creuse un gigantesque passif de coûts irrécupérables et improductifs, pour financer une course dont les résultats sont connus d’avance. Une part considérable des patrimoines, des revenus, des dépenses publiques et privées, des énergies, des rêves, ainsi que des ressources matérielles de la planète sont brûlées dans ce rituel de pure justification de l’ordre social. Il en coûte de plus en plus de reproduire le monde tel qu’il est.

Ainsi posé, le problème est loin d’être tout simplement un problème de ressources insuffisantes: une course aux armements ne se résout pas en s’armant de plus en plus, ce qui aurait comme seul effet de creuser les inégalités et gonfler les dépenses. Dès 1964, Bourdieu refusait de considérer que la solution était de nature économique. Pour faire face à la mécanique perverse du capitalisme culturel, il faut la désamorcer. Freiner la course à la distinction comme l’on régule les marchés financiers et le trafic routier. Cela signifie, au final, que les employeurs publics et privés devraient accepter une part d’incertitude majeure dans leurs processus de sélection du capital humain. Plus généralement, une politique post-productiviste devra s’habituer à penser plus en termes de régulation que d’investissement.

L’accumulation massive du capital culturel va avec une augmentation de dépenses collectives et une érosion de la légitimité du système: c’est donc une fragilité profonde de l’ordre social que dévoile son analyse. Un demi-siècle après les premières études de Bourdieu, sommes-nous prêts à reconnaître la logique perverse de la course au capital culturel? Si nous ne sommes pas en mesure d’imaginer une meilleure façon de garantir la différenciation fonctionnelle des sociétés complexes, il faudra se résoudre à leur effondrement.

Cookies on our website allow us to deliver better content by enhancing our understanding of what pages are visited. Data from cookies is stored anonymously and only shared with analytics partners in an anonymised form.

Find out more about our use of cookies in our privacy policy.