The European Venue for Green Ideas
Follow us on
Finance and Economy

Dylematy pracy cyfrowej

Wzrost znaczenia tak zwanej ekonomii (współ)dzielenia sprawił, że coraz częstszym widokiem w wielu europejskich miastach są dziś rowerzyści, wiozący na swych plecach jedzenie do klientów. Mniej widoczne, ale również poddawane procesowi uelastyczniania stają się sektory opieki, sprzątania czy wyrafinowanych usług. Choć istnieją różnorodne definicje gig economy ich punktem wspólnym jest uznanie roli oprogramowania, łączącego ze sobą chmurę pracowników z konsumentami, a także dopasowujących i śledzących świadczenie usług algorytmów. Czwórka panelistów dyskutuje o wyzwaniach i możliwościach, związanych z nowymi sposobami organizacji pracy, a także o tym, w jaki sposób mogą na nie odpowiedzieć rządy.

Green European Journal: Ekonomia (współ)dzielenia obiecuje przedsiębiorcom oszczędności na świadczeniach socjalnych dla pracowników, przestrzeni biurowej, szkoleniach czy na proszeniu o porady ekspertów tylko w konkretnych sprawach. W wypadku osób pracujących w wolnych zawodach może to oznaczać większą równowagę między czasem wolnym a pracą. Czy jednak rzeczywistość odzwierciedla te deklaracje?

Lorenzo Zamponi: Znacznie bardziej widoczne są negatywne strony ekonomii (współ)dzielenia. W dużym stopniu jest ona – przynajmniej w Europie – jedynie skrajną formą znanego od dawna fenomenu uelastyczniania i prekaryzacji pracy. Zatrudniające pracowników platformy korzystają z wysokiego stopnia ich elastyczności, w efekcie uzyskując dostępną na żądanie siłę roboczą. Metka gig economy służy zakryciu faktu, że mamy do czynienia z bardzo tradycyjną relacją zależności, w której unika się zobowiązań dotyczących zapewnienia pełni praw socjalnych, dostępnych w wypadku tradycyjnych umów o pracę. Nie oznacza to, że sektor ten nie ma perspektyw na rozwój, chociażby przy dostawach żywności. Ekonomia (współ)dzielenia może przyczynić się do tworzenia nowych miejsc pracy – musi być jednak znacznie lepiej regulowana.

Karolien Lenaerts: Jedną z powtarzających się w badaniach kwestii jest konieczność znalezienia równowagi między wspieraniem innowacji, poszukiwań nowych modeli biznesowych oraz tworzeniem nowych okazji na rynku pracy z jednej, a zapewnieniem odpowiedniej ochrony pracownikom sektora ekonomii (współ)dzielenia z drugiej strony. Jeśli chodzi o nowe możliwości to istnieje przekonanie, że platformy mogą przyczynić się do tworzenia nowych miejsc pracy i że dzięki nim dostęp do zatrudnienia uzyskać mogą osoby mające trudności na rynku, takie jak imigranci, osoby z niepełnosprawnościami czy samotni rodzice. Póki co jednak niewiele jest empirycznych dowodów, które mogą potwierdzić tę tezę. Nie wiemy też, co dziać się będzie z tymi, którym udało się znaleźć pracę w sektorze. Czy uda się im znaleźć stabilne zatrudnienie? Czy mogą później znaleźć jakąś inną pracę? A może ekonomia (współ)dzielenia staje się dla nich pułapką, w którą wpadają nie mając alternatywy? Warto w tym wątku wspomnieć, że gig economy ma bardzo zróżnicowany charakter, a jej złożoność w Europie wraz z upływem czasu będzie tylko rosnąć.

Bartłomiej Kozek: Ekonomia (współ)dzielenia zaczęła być tematem publicznych dyskusji w Polsce w zeszłym roku, kiedy na ulice miast ruszyli protestujący przeciwko Uberowi taksówkarze. W dyskursie pojawiły się dwie główne opinie na ten temat. Pierwsza dowodziła, że powinniśmy zachować dotychczasowy charakter rynku pracy i albo zakazać Ubera, albo zmusić go i korzystających z aplikacji kierowców do przestrzegania tych samych regulacji, które obowiązują firmy taksówkarskie i pracujących w nich kierowców. Po drugiej stronie znaleźli się technooptymiści o często libertariańskich zapędach, spoglądający na Ubera jako na nieunikniony trend, który nie tylko należy akceptować, ale wręcz wspierać. Premier Mateusz Morawiecki uważa „ekonomię (współ)dzielenia” za wielką okazję biznesową. Brakuje za to dyskusji o przyszłości pracy – o tym, jak możemy ją kształtować i regulować, a także na jakich szczeblach powinna odbywać się ta regulacja. Mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanymi podejściami do tego tematu, czego przykładem może być różne w zależności od miasta podejście samorządu do Ubera.

Lisbeth Bech Poulsen: Debata w Danii w dużej mierze przypomina opisany przez Bartka wzorzec. Biorący w niej udział technooptymiści przekonują, że nie powinniśmy ograniczać ekscytujących okazji biznesowych. Inni pozostają głęboko krytyczni wobec ekonomii (współ)dzielenia, argumentując swoje stanowisko kwestiami związanymi z opodatkowaniem, warunkami pracy czy nierównościami. Obecny duński rząd stworzył tak zwaną „radę do spraw zakłóceń” (disruption council), mającą za zadanie promowanie tego typu innowacji i przedsiębiorstw. Rada ta prezentuje bardzo ograniczone podejście do tematu, patrząc się głównie na interes firm oraz sposoby przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Próżno w ich działaniach szukać kwestii społecznych czy etycznych.

Ekonomia (współ)dzielenia jest jedynie skrajną formą znanego od dawna fenomenu uelastyczniania i prekaryzacji pracy.

Warunki pracy w Danii tradycyjnie negocjowane były między pracodawcami a pracownikami – model ten przez wiele lat działał bez większych zarzutów. Ekonomia (współ)dzielenia z pewnością stanowi dla niego wyzwanie. W naszym kraju nie mamy regulowanej prawnie płacy minimalnej – w związku z tym, że platformy często odmawiają udziału w negocjacjach, na których opiera się model duński, ich pracownicy często kończą z bardzo niskimi płacami. Kilka lat temu Uber nie był gotowy do wspomnianych negocjacji, a jego przedstawiciele wykazywali się dość sporą arogancją. Twierdzili, że chcą działać w Danii, ale nie mają ochoty negocjować warunków swojego działania. Koniec końców duński sąd uznał ich działania za nielegalne, uznając je za „pirackie taksówki”. Firma myśli teraz o powrocie do gry twierdząc, że chce negocjować warunki pracy – w tym płace. Akceptowalne dla wszystkich rozwiązanie wydaje się jednak trudne do osiągnięcia.

Wspomnieliście już, że wiele pracowników sektora gig economy musi radzić sobie w nieuregulowanym środowisku, często zarabiając nieznacznie więcej niż wynosi płaca minimalna. Co można dla tych pracowników zrobić?

Lisbeth Bech Poulsen: W Danii działają platformy, świadczące usługi sprzątające w domach klientów. Konsekwentnie stoją one na stanowisku, że wykonujący je ludzie nie są ich pracownikami, lecz wolnymi strzelcami. Przekonują, że oddają im jedynie do dyspozycji platformę, na której przedsiębiorcy mogą zdobywać potencjalnych klientów. Powodem tego stanowiska jest niechęć do ponoszenia odpowiedzialności, które mają pracodawcy. Tego typu stanowisko stanowi jednak istotny problem dla władz każdego szczebla. Jeśli platformy rezygnują ze swojej odpowiedzialności, wówczas do publicznej kasy nie trafiają pieniądze potrzebne na finansowanie urlopów rodzicielskich, emerytur czy ochrony zdrowia. Musimy zatem stworzyć jasną definicję zatrudnienia. Jeśli jakaś firma zarządza kimś i ustala przynależną stawkę za pracę, wówczas osoba ta z zasady powinna być uznawana za pracownika. Trudno jednak będzie ruszyć naprzód, jeśli definicja ta nie będzie zapisana w prawie.

Bartłomiej Kozek: Chciałbym w tym miejscu uczynić krok w tył. Regulacje wprowadzane są w pewnych konkretnych, zróżnicowanych w zależności od kraju kontekstach społecznych. Istnieje ryzyko, że jeśli nie zostaną one zaakceptowane pozostaną na papierze. W wypadku Polski za terminem „przedsiębiorczość” od czasu upadku komunizmu ciągnie się określona ideologia. Przedsiębiorców uważa się za koło zamachowe gospodarki – ilość osób prowadzących własną działalność gospodarczą czyni nas jednego z europejskich liderów. Dużo rzadziej słyszy się o tym, że niemal co piąta osoba z tej kategorii deklaruje, że znajduje się w niej nie z własnej woli, np. z powodu niemożności znalezienia innej możliwości pracy.

Promowanie i ochrona praw pracowniczych w kontekście, w którym przedsiębiorczość jest „musem”, a nie możliwością, pozostaje trudnym zadaniem. Związki zawodowe tracą w ostatnich latach znaczenie nie tylko w Polsce, ale również w innych krajach regionu, takich jak Czechy, Słowacja czy Węgry. Tradycyjne organizacje pracownicze uznawane są za skostniałe i szkodzące stojącym przed krajem szansom biznesowym. Jeśli jednak chcemy spojrzeć na to, co i jak powinniśmy regulować, to powinniśmy spojrzeć na dwie kwestie. Po pierwsze – jak regulować rynki pracy. W wypadku Polski kluczową kwestią staje się realizacja wyroku Trybunału Konstytucyjnego, dającego prawo do samoorganizacji nie tylko osobom zatrudnionym na umowy o pracę, ale też samozatrudnionym czy pozostającym na tzw. „umowach śmieciowych”.

Prawo do samoorganizacji mają również samozatrudnieni czy pozostający na tzw. „umowach śmieciowych”

Po drugie – bardzo istotną kwestią, związaną z wpływem postępów technologicznych na rynki pracy jest to, czy istnieją opcję zatrudniania pracowników na lepszych warunkach. Przykładem może być tu brytyjska New Economics Foundation, pracująca nad stworzeniem nowego serwisu, mającego gwarantować lepsze warunki pracy. Nie powinniśmy również zapomnieć o tym, że wiele platform buduje swoje modele biznesowe na wykorzystywaniu spersonalizowanych danych – potrzebne są zatem zapisy prawne, zapewniające nam kontrolę nad naszymi danymi.

Karolien Lenaerts: Też chcę zwrócić uwagę na parę kwestii. Przede wszystkim w ekonomii (współ)dzielenia mamy do czynienia z bardzo zróżnicowanymi warunkami. Znajdziemy tu pracowników, którzy za zrealizowanie jakichś drobnych zadań otrzymują kilka centów, ale także dostawców Deliveroo czy kierowców Ubera, których zarobki mogą zbliżać się do płacy minimalnej – albo być znacznie niższe. Na drugim krańcu spektrum mamy do czynienia z prawdziwymi przedsiębiorcami, którzy wykorzystują platformy do poszukiwania nowych okazji biznesowych i którzy – tak jak w wypadku konwencjonalnego biznesu – potrafią zapewnić bardzo wysokie zarobki. Różne osoby kierują się różnymi motywacjami, co czyni dyskusje o płacach i zatrudnieniu jeszcze bardziej skomplikowanymi.

Poruszony przez Bartka wątek ochrony danych przypomniał mi o kwestiach związanych z przejrzystością. W związku z tym, że wszystkie zadania i transakcje odbywają się w przestrzeni cyfrowej ekonomia (współ)dzielenia daje realną szansę na wydostania części aktywności gospodarczej z szarej strefy. Oczywiście nie oznacza to, że cyfryzacja nie wiąże się z problemami związanymi z ochroną danych.

Lorenzo Zamponi: Nie powinniśmy zapominać o tym, że brak regulacji stanowi kluczową kwestię w realizowanych przez sektor gig economy modelach biznesowych. Zyski tych firm zależą od tego, że nie mają one formalnie pracowników, lecz zależą od puli udawanych wolnych strzelców, dostępnych na żądanie w wypadku pojawienia się zapotrzebowania. W większości wypadków w platformach tych nie ma niczego specjalnie innowacyjnego. Skupiają się głównie na wykorzystywaniu luk w prawie i omijaniu swej odpowiedzialności wobec pracowników. Można do tego podejść na szereg sposobów. Można zmusić firmy do przestrzegania istniejących przepisów albo tworzyć zachęty dla pracowników do zrzeszania się w spółdzielczych wersjach platform. Nazywam takie osoby pracownikami, ciężko bowiem uznać noszących odzież służbową i przestrzegających rygorystycznych ram czasowych za wolnych strzelców.

Musimy również spojrzeć na funkcjonowanie tego rynku – uważam jednak, że trudno stawiać kategoryczne tezy na tym etapie jego rozwoju. W wypadku chociażby dostarczania żywności wciąż znajduje się on w okresie przejściowym. Wiele platform działa w sektorach, w których „zwycięzca bierze wszystko” – inwestują zatem w osiągnięcie pozycji, która zapewni im sukces. Już wkrótce mogą one przypominać rynek mediów społecznościowych, w którym monopolista czerpie z niego zyski dzięki możliwości zniszczenia konkurencji. Powinniśmy zatem uważnie je obserwować.

Karolien, przeprowadziłaś analizę politycznych odpowiedzi na wyzwania gig economy, jakie zdecydowano się wcielić w życie w różnych krajach. Jakie są najważniejsze wnioski z tego badania?

Karolien Lenaerts: Zauważyliśmy, że głównym elementem dyskusji wśród decydentów były kwestie związane z ograniczaniem negatywnych skutków zmian. Konkurencyjność, kwestie podatkowe, wspieranie innowacyjności oraz przedsiębiorczości okazały się dla nich najważniejszymi priorytetami. Znacznie mniej było debat na temat ochrony praw pracowniczych, dostępu do usług publicznych, reprezentacji oraz organizacji pracowniczej. Władze lokalne i regionalne są najczęściej w awangardzie prób znajdywania rozwiązań, podczas gdy szczebel krajowy często okazuje się słabiej na to przygotowany – szczególnie na początku procesu. Wiele rządów poszukiwało wskazówek ze strony szczebla UE. Jako temat ten nie jest szczególnie mocno opracowany trudno jest tu o dobre rozwiązania. Wraz ze wzrostem ilości osób, mających do czynienia z tymi platformami – zarówno jako pracownicy, jak i konsumenci – regulatorzy zaczęli zdawać sobie sprawę z konieczności odejścia od skupiania się wyłącznie na kwestiach konkurencyjności i opodatkowania. W większości krajów przyczyniło się to do poświęcenia uwagi kwestiom związanym z zatrudnieniem. W związku z kształtem prawa pracy dochodzi do binarnego podziału, w którym możesz być albo pracownikiem (i tym samym cieszyć się pełnią gwarantowanych ci praw), albo samozatrudnionym (i być zostawionym samemu sobie).

Często pojawiał się również wątek stworzenia „trzeciej opcji” dla pracowników z sektora ekonomii (współ)dzielenia. Większość regulatorów póki co nie skłania się do jej stworzenia, jako że prawo pracy w większości krajów jest już dostatecznie skomplikowane. Możemy stwierdzić, że rządy zdecydowały się na zróżnicowane podejścia, ale udzielane przez nie odpowiedzi przychodziły dość późno. Starają się przewidywać, z jakimi doświadczeniami będziemy mieć do czynienia i w jaki sposób odpowie na nie opinia publiczna. Najciekawsze jak do tej pory rozwiązania regulacyjne znajdziemy dziś we Francji. Zmieniono tam prawo pracy, poszerzając prawo do zrzeszania się, co umożliwia pracownikom gig economy dołączanie do związków zawodowych lub zakładanie własnych.

Lisbeth, co – jako duńska polityczka – robiłaś w kwestii regulacji tego sektora?

Lisbeth Bech Poulsen: Zeszłej jesieni duński rząd przygotował pakiet rozwiązań, które zaprezentował pod hasłem „promowania ekonomii (współ)dzielenia”. Wrzuca on do tego worka wszystkie zjawiska z sektora gig economy – tylko dlatego, że w ten sposób brzmią one lepiej. W tym samym pudełku kończy Uber, Airbnb, wykonujący mikrozadania czy inne aktywności. Dzięki temu rząd twierdzi, że stanowią one elementy pozytywnych zmian na rynku pracy. Regulatorzy próbują ułatwić konsumentom dostęp do usług, a przedsiębiorcom – funkcjonowanie. Kwestie warunków pracy pojawiają się tu na marginesie.

Nasze walki musimy dostosować do zróżnicowania samych platform. Inaczej reguluje się Airbnb, inaczej zaś Ubera czy sektor opieki. Każda z tych branż zasługuje na osobne traktowanie. Na pewno stwierdzić za to możemy, że warunki pracy w całym tym sektorze pozostają uregulowane na niedostatecznym poziomie. Kwestia regulacji nie jest jednak w Danii prostą sprawą, jako że zawsze dominowały tu układy zbiorowe między pracownikami a pracodawcami. Ani jedni, ani drudzy nie przepadają za sytuacją, w której rząd wchodzi im w paradę ze swoimi pomysłami. Większość Dunek i Duńczyków naprawdę docenia ten model – potrzebujemy zatem większej roli aktorów społecznych takich jak związki zawodowe w tym procesie. Bywają oni jednak zaskoczeni tym, co dzieje się na naszych rynkach pracy, przez co nie za bardzo wiedzą, w jaki sposób mają na te zmiany reagować.

Kwestia regulacji nie jest w Danii prostą sprawą, jako że zawsze dominowały tu układy zbiorowe między pracownikami a pracodawcami.

Bartku, jak wyglądają środkowoeuropejskie doświadczenia z zakresu regulacji sektora?

Bartłomiej Kozek: Zgadzam się z tym, że różne firmy i sektory potrzebują różnego typu regulacji, ale może to również oznaczać, że dyskusja na temat gig economy stanie się z czasem pełna niuansów i technikaliów. Raz jeszcze warto tu uczynić krok w tył i przedyskutować to, w jaki sposób przygotować nasze rynki pracy na wyzwania przyszłości. Najważniejszym elementem tego procesu jest skupienie się na systemach edukacyjnych i na tworzeniu realnych możliwości mierzenia się przez młodych ludzi z czekającymi na nas wyzwaniami. Edukacja na rzecz przyszłości jest niemal tak ważna jak regulacje. Inną istotną kwestią jest wyrównanie szans między tradycyjnymi a nowymi graczami na rynku pracy. W wypadku Polski wielu młodych przez długi czas nie miało innej możliwości, jak tylko pracować na umowach śmieciowych bez prawa do zabezpieczeń społecznych. Tego typu sytuacje są niedopuszczalne – żaden gracz rynkowy nie może w ten sposób budować swojej pozycji. W wypadku Ubera w Polsce wielu korzystających z aplikacji kierowców to Ukraińcy – dzięki ekonomii (współ)dzielenia mają oni szansę na nowe źródło zarobku. Choć daje on im szansę na dostatnie życie, to szczególną uwagę powinniśmy poświęcić zagwarantowania im równego dostępu do sieci zabezpieczeń społecznych.

Lorenzo, jakie możliwości mają pracownicy sektora gig economy, jeśli chodzi o możliwość samoorganizacji i wstępowania do związków zawodowych?

Lorenzo Zamponi: Wraz ze wzrostem znaczenia gig economy coraz trudniej jest budować społeczną tożsamość wokół sposobu zarabiania na życie – nie mówiąc już o politycznym dowartościowaniu takiej tożsamości. Coraz trudniejsze staje się uzwiązkowienie czy szerzej rozumiana samoorganizacja pracowników. Wśród pracowników sektora zauważalne jest ogromne zróżnicowanie. W samej branży dostaw żywności znajdziemy zarówno dorabiających studentów, jak i pracujących po 12 godzin dziennie po to, by związać koniec z końcem. Szanse na związanie się z pracą i stworzenie oddolnej inicjatywy na rzecz walki o poprawę warunków zatrudnienia są z pewnością większe w wypadku tych starszych pracowników.

Kolejną kluczową dla organizacji politycznej kwestią jest fakt, iż w naszych głowach współistnieją tożsamości nas samych jako pracowników i jako konsumentów. W tej drugiej roli chcemy płacić najmniej, jak to tylko możliwe, ale musimy zdawać sobie sprawę z tego, że wiąże się to z niższymi płacami. Sprzeczność ta bywa niekiedy ciężka do przezwyciężenia. W wypadku sektora ekonomii (współ)dzielenia dochodzi jeszcze jedna kwestia – dostawcy jedzenia zarabiają dzięki skojarzeniu ich z usługi z wizerunkiem nowoczesności, świeżości oraz przyjazności dla środowiska. Wizerunek ten czyni jednak firmy z sektora podatnymi na głosy ze strony opinii publicznej. Próby zbiorowego domagania się przez pracowników swoich praw odniosły sukcesy na poziomie dyskursu, dzięki czemu udało się do pewnego stopnia ograniczyć dominację technooptymistycznej wizji branży, która widoczna była przez ostatnie lata. Przykładem tej zmiany są Włochy, gdzie byliśmy świadkami stawania przez ludzi po stronie pracowników, a nie firm. Po strajkach i demonstracjach płacą oni z reguły dwukrotnie wyższe napiwki dostawcom żywności.

Newsletter

Dylematy pracy cyfrowej

Cookies on our website allow us to deliver better content by enhancing our understanding of what pages are visited. Data from cookies is stored anonymously and is never shared with third parties.

Find out more about our use of cookies in our privacy policy.