The European Venue for Green Ideas
Democracy

Nie oddawajmy emocji populistom!

By Bartlomiej Kozek , Elżbieta Korolczuk

Źródła sukcesu Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych roku 2015 nadal nie zostały w odpowiedni sposób zanalizowane przez liberalne media i opozycję – podobnie jak protesty społeczne takie jak Czarny Poniedziałek. Czy niedawna walka o wolne sądy stanie się zapalnikiem długofalowych zmian na scenie politycznej, czy jedynie drobnym potknięciem PiS-u? Bartłomiej Kozek rozmawia z dr Elżbietą Korolczuk – socjolożką analizującą ruchy społeczne oraz członkinią rady jednej z organizacji stojących za niedawnymi protestami – Akcji Demokracja.

Czy istnieje jakiś powód, dla którego jedne sprawy (np. sądy czy Czarny Protest) angażują dziś w Polsce więcej ludzi niż inne?

Istotną kwestią może być poczucie, że jakaś sprawa może nas bezpośrednio  dotyczyć. Każdy z nas może na przykład mieć wypadek i mieć sprawę w sądzie, zależy nam zatem na ich sprawnym funkcjonowaniu.

Jest jednak inna, ważniejsza w tym kontekście kwestia. Do mobilizacji wokół jakiejś sprawy potrzebne są konkretne narzędzia i osoby, które zainicjują protest, dając jak największej grupie ludzi możliwość działania i odnalezienia się w ich akcjach nie tylko jako wykonawcy ale współuczestnicy. Zaangażowanie w takie działania jest częścią procesu upolitycznienia, czyli rozpoznania siebie jako obywatelki/obywatela, jako osoby która ma pewne prawa, obowiązki i wpływ na sferę polityki.

Inicjatorki protestów w sprawie aborcji i Akcja Demokracja zaproponowały pewną formułę protestu, model, który był łatwy do oddolnego replikowania. Czarny ubiór w wypadku walki o prawa reprodukcyjne, palenie zniczy jako symbol walki o wolne sądy, konkretna godzina i miejsce wspólne dla wszystkich miast czyli główny plac miasta albo sąd.

Nikt nie musiał wszystkiego odgórnie koordynować, a na poziomie lokalnym ludzie mogli się włączyć jako inicjatorzy czy organizatorzy, poczuć że są politycznym podmiotem. Taka formuła sprawia, że protesty wychodzą poza wielkie metropolie.

I wreszcie emocje. Ograniczenie prawa do aborcji czy pomysły na upolitycznienie sądów uznawane są za odbieranie ludziom praw, budzą lęk i gniew. To emocje dają ludziom motywację i wolę działania.

Jaka w takich sytuacjach jest rola organizacji takich jak Akcja Demokracja?

Można ją określić jako inicjowanie procesu „political becoming” czyli upolitycznienia. Chodzi o stworzenie takiej sytuacji, w której ludzie poczują się politycznym podmiotem, kimś kto ma wpływ na rzeczywistości i chce ten wpływ wywierać, niekoniecznie tylko przy urnie wyborczej.

Kluczem do działania są tu tymczasem wartości, które mobilizują ludzi do działania niekoniecznie zgodnie z partyjnymi podziałami. Ten typ mobilizacji, w przeciwieństwie do partyjnej, skupia się nie na podkreślaniu różnic, lecz na poszukiwaniu punktów zbieżnych wśród osób o zróżnicowanych poglądach i wrażliwościach.

Celem Akcji Demokracja nigdy nie było stanie się czyimś politycznym zapleczem lecz wspomniana już masowa mobilizacja ludzi wokół konkretnych spraw, ale przede wszystkim konkretnych wartości takich jak równość i sprawiedliwość społeczna. Jako ruch zdaje on sobie sprawę z istniejących różnic, ale to nie one, lecz wspólne wartości dają mu paliwo do działania.

Nie brak jednak głosów mówiących, że mobilizacja tego typu powinna skończyć się na zaangażowaniu i działaniu w obrębie partii politycznych. Ktoś bowiem musi te sprawy reprezentować w parlamencie…

Mobilizacja polityczna na poziomie ruchów społecznych może się kończyć się na zaangażowaniu w partie – rzadko kiedy jednak się od nich zaczyna. Najpierw potrzebujemy przestrzeni na wyrażenie niezgody na rzeczywistość, na wyrażenie potrzeb i zbudowanie wizji tego jak te potrzeby można zaspokoić, a potem zaś szukamy politycznej reprezentacji.

Historia ruchów progresywnych pokazuje to wyraźnie – najpierw pojawia się problem, potem następuje skupienie się ludzi wokół jakiejś sprawy, a dopiero później ruch może przybrać ramy instytucjonalne. Odwracamy kolejność, jeśli chcemy kogoś, kto w końcu ruszył się z fotela, od razu wtłoczyć w rolę wyborcy PO czy Razem.

Dlaczego zatem, skoro doszło niedawno do tak liczebnej mobilizacji, opozycji nie udaje się zdobyć więcej gruntu pod nogami?

Pamiętajmy, że Polska nie kończy się na demonstrujących w obronie sądów, to prawie trzydziestoośmiomilionowy kraj.

W tym samym czasie, gdy na ulice w obronie swoich praw wychodzą tysiące kobiet, PO i .Nowoczesna odmówiły wejścia do komitetu Ratujmy Kobiety, który zbiera podpisy pod projektem prawa zapewniającego dostępna antykoncepcję, edukację seksualną i dostęp do przerywania ciąży. Obie partie rezygnują z wyznaczania standardów czy przekonywania ludzi do czegokolwiek, naczelna zasada to płynięcie z prądem. Próbują zatem gonić PiS.

Opozycja parlamentarna przede wszystkim nie mobilizuje ludzi wokół wizji przyszłości, nie oferuje pomysłu na lepsze, bardziej sprawne i wspierające obywateli państwo. Wierzy, że wystarczy trzymanie się starych, neoliberalnych i konserwatywnych kolein, że wystarczy zadeklarować przywiązanie do demokracji i europejskich wartości, ale bez konkretów. Można tu dostrzec pewien paradoks – jeśli definiować konserwatywny światopogląd jako przekonanie, że lepiej już było, wówczas to lewica okazuje się siłą konserwatywną, idealizującą przeszłość zamiast myśleć o przyszłości.

Opozycja pozaparlamentarna z kolei ma problemy z zaprezentowaniem spójnej, wybiegającej w przyszłość lewicowej narracji, łączącej kwestie ekonomiczne i światopoglądowe. A media – także te liberalne – nie są zainteresowane tym, co te partie mają do powiedzenia.

Ogromnym problemem jest wiara – wyznawana między innymi przez PO ale generalnie przez dużą część obozu liberalnego – że technokratyczny język wygra w starciu z „populistycznymi” emocjami. To się nie uda – nie tylko dlatego, że uniemożliwia to dzisiejszy format funkcjonowania mediów masowych. Nie wystarczy już mgliste prezentowanie swojego przywiązania do „wartości europejskich” jeśli nie jest się w stanie powiedzieć, co znaczą w praktyce albo że mogą one dotyczyć również kwestii związanych z płcią czy seksualnością.

Jak zatem uprawiać progresywną politykę w czasach prawicowego populizmu?

Przede wszystkim trzeba wyjść z koziego rogu oświeceniowej wizji racjonalnej polityki, w której „oświeconych technokratów” przeciwstawia się kierującymi się emocjami populistom.

Historia polityczna pokazuje, że zmiany udawało się realizować tym, którzy mobilizowali ludzi wokół wizji przyszłości dając im wiarę, nadzieję, entuzjazm, poczucie solidarności. Emocje nie stoją w sprzeczności z faktami – to fakty są po to, by wzbudzać w ludziach emocje. Sama nie zostałam feministką dlatego, że zobaczyłam statystyki dotyczące różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn tylko dlatego, że potwornie boli mnie krzywda i cierpienie kobiet.

Prawo i Sprawiedliwość jest dziś tak silne dlatego, że jest w stanie wzbudzić silny, emocjonalny odzew społeczny wobec wybiórczo opisanej wizji rzeczywistości. Lewica tego nie potrafi i w efekcie oddaje pole populistom. Powinniśmy wszyscy posłuchać głosu Chantal Mouffe, wedle której emocje i namiętności powinny stanowić bazę każdego projektu lewicowego.

Słabość opozycji nie jest jednak jedynym powodem, dla którego PiS nadal trzyma się mocno. Jesteś jedną z osób nawołującą do zrozumienia przyczyn jego sukcesu wyborczego – co zatem się do niego przyczyniło?

Partia Jarosława Kaczyńskiego odpowiedziała na potrzebę szeroko rozumianego bezpieczeństwa elektoratu. Lider PiS nie jest, jak twierdzą niektórzy publicyści, jakimś szczególnym, genialnym strategiem – owszem nauczył się kilku sztuczek, ale od lat żeglował w tym samym kierunku i w 2015 roku po prostu dostał wiatr w plecy.

Wiatrem tym było poczucie niepewności ekonomicznej, spadek po kryzysie 2008 roku. Nie chodzi tu o realny spadek zatrudnienia czy wzrost inflacji, ważne jest to, że w odczuciu dużych grup ludzi sytuacja wydawała i wydaje się niepewna. Na odczucie to wpływały między innymi doniesienia medialne, a także przeszłe doświadczenia, ale to dojmujące poczucie niepewności ma zasadniczy wpływ na to jak widzimy otaczającą nas rzeczywistość – raczej w kategoriach zagrożeń niż szans.

Poczucie zagrożenia istotnie pogłębił w roku wyborczym (2015) kryzys uchodźczy. PiS wykorzystał to by grać wszechobecnym w polskim kontekście motywem zagrożenia dla naszych granic, naszej ojczyzny i naszych domów. Tyle, że tym razem zagrożenie przybrało formę nie czołgów jak kiedyś, lecz terrorystów przebranych za uciekających przed wojną ludzi.

W jaki sposób doszło jednak do utożsamienia niepewności ekonomicznej z uchodźcami?

Arlie Hochschild opisała ten mechanizm w swej najnowszej książce o  republikańskich wyborcach Tea Party w Luizjanie. Określiła go mianem „deep story” czyli głęboką opowieścią o tym, jak zbudowany jest świat. W wypadku Stanów Zjednoczonych taką głęboką opowieścią jest kolejka, której stoją wszyscy obywatele, to do spełnienia „amerykańskiego snu” – wszyscy mają mieć tu równe prawa, a w wypadku gdy będzie się dostatecznie ciężko pracować uda się osiągnąć sukces.

Na głębokim południu USA badaczka zaobserwowała kryzys wiary w ten model. Kolejka nie wydaje się już być fair, a rząd federalny postrzegany jest jako ten, który wspiera wpychanie się do niej kolejnych grup – kobiet, czarnych, Meksykanów, uchodźców.

W Polsce analogiczną opowieścią może być metafora wspólnego domu. Po rozbiorach, wojnach, okresie PRL polską wyobraźnię porządkuje obietnicą tego, że jak u Staffa: „Będziemy znowu mieszkać w swoim domu, Będziemy stąpać po swych własnych schodach”.

Po roku 1989, po okresie PRL kiedy to ów dom był co najwyżej wynajmowany,  obiecano nam możliwość jego posiadania na własność. Każdy ma w nim znaleźć miejsce dla siebie. Ma dawać nam bezpieczeństwo, poczucie przynależności, ale ta wizja ma też i drugie dno, zarazem dom jest przestrzenią zamkniętą, może izolować nas od świata zewnętrznego.

I teraz ktoś chce, byśmy w tym domu zrobili miejsce dla uchodźców?

PiS wspiera wizję, w której „zwykli ludzie” mieszkają w suterenie, a tu ktoś chce im nagle dokwaterować kogoś na pierwsze piętro. Kiedy w taką wizję się uwierzy to pojawia się poczucie głębokiej niesprawiedliwości, krzywdy wyrażonej w stwierdzeniach, że „powinniśmy wydawać pieniądze na pomoc biednym polskim dzieciom, a nie obcym”.

W tej sytuacji argumenty o odwołujące się do wrażliwości, empatii i gościnności, poza pewną małą grupą, pozostaną zupełnie nieprzekonujące. Tak jak w przypadku wyborców Tea Party tak i Polacy czują się w dużej mierze ofiarami: historii, transformacji, zewnętrznej ingerencji. Zmuszanie ich do zmiany reguł odczuwania budzi bunt, który staje się buntem przeciwko moralizatorstwu lewicy. Jedno, czego na pewno nie warto robić to moralizować. Lewica jest w tym niestety dobra – i  przez to ponosi dziś klęskę.

Jeśli już próbować znaleźć alternatywną opowieść to może warto odwołać się do doświadczenia samych Polaków jako narodu migrującego, którego kilkanaście milionów reprezentantów rozsianych jest po świecie. Wówczas nasz dom rozszerza się na cały świat, staje się domem które inni dzielą z nami – a my z nimi.

Wiemy już, co opozycja robi źle. Co zatem powinna robić, by odzyskiwać pole? Czy wspomniane przez Ciebie pęknięcie między wizją państwa a realizowaną przez PiS rzeczywistością może tu być pomocne?

Punktowanie PiS jest konieczne, choć każda strategia niesie ze sobą pewne ryzyko. Jednym ze sposobów jest na przykład wykorzystanie powszechnego w Polsce resentymentu wobec wszechwładnego, wszechogarniającego państwa by krytykować rozrastanie się obecnej władzy. Emocja ta widoczna była w trakcie Czarnego Protestu oraz obrony sądów: większość z nas obawia się interwencji państwa w naszej sferze prywatnej i rodzinnej. Trudno nią jednak grać osobom, które od lat mozolnie próbują budować zaufanie obywateli do instytucji publicznych.

Inną strategią jest dyskutowanie o politykach socjalnych. Nie tyle powinno ono służyć okopywaniu się za lub przeciw konkretnym rozwiązaniom (np. programowi 500+), chodzi o pokazywanie całości, pokazywanie konsekwencji różnych działań i tego jak zmieniają one relację obywatel-państwo. Większość Polaków i Polek chce państwa opiekuńczego ale nie autorytarnego i wszechobecnego, takiego które będzie dobrym wujkiem a nie brutalnym ojcem-patriarchą.

Ważnym wątkiem jest tu również dychotomia przeszłość-przyszłość. W ciągu ostatnich 2 lat państwo uległo sporej przemianie. Wizja PiS wydaje się coraz bardziej oczywista – to autorytarne państwo bez silnych instytucji oraz narzędzi kontroli rządzących, silnie spersonalizowane wokół pragnień Jarosława Kaczyńskiego. Potrzebna jest dyskusja nad tym, jak powinno ono zmieniać się i wyglądać za 5-10 lat, tak by osią dyskusji była przyszłość i konsekwencje dzisiejszych zmian a nie ciągle 500+. Potrzeba sporu wokół wizji politycznych.

Jaką receptę – mając na uwadze wszystko co powiedziałaś do tej pory – miałabyś dla progresywnych ruchów i partii politycznych, zmagających się z prawicowym populizmem w Europie i poza nią?

 

Po pierwsze, nigdy nie lekceważcie ludzkiej potrzeby bezpieczeństwa. Ważne są tu nie tylko fakty ale również to, czy ludzie czują się bezpiecznie.

Po drugie – nie zapominajcie o edukacji i formowaniu postaw przyszłych pokoleń. Być może największy błąd polskiej transformacji popełnił obóz liberalny uznając, że może je zostawić konserwatystom czy kościołowi.

Po trzecie wreszcie – nie lekceważcie potrzeby mitów i narracji, potrzeby opowieści o świecie, które będą łączyły prostotę przekazu z siłą wyrazu. Potrzebujemy przekonująco opowiedzianych, budzących emocje historii, opartych na faktach, a nie kłamstwach.

Po czwarte, nie bójcie się marzyć – nawet jeśli jak pisze Michael Kazin marzyciele nie zawsze wygrywają, ich marzenia kształtują rzeczywistość.

Pamiętajcie – historia jeszcze się nie skończyła.

Nie oddawajmy emocji populistom!