The European Venue for Green Ideas
Follow us on
Democracy

Alterfederalism as a Way of Rethinking the Crisis of Europe

Czy naprawdę chcemy więcej Europy, więcej integracji, więcej solidarności? A może warto najpierw zapytać, jaka ma być ta Europa, ta integracja i ta solidarność? Wyniki eurowyborów w Polsce potwierdzają, że „stary federalizm” znalazł się w odwrocie.

Polski minister spraw zagranicznych w listopadzie 2011 roku wygłosił w Berlinie przemówienie, które wywołało w kraju burzę. Radosław Sikorski został skrytykowany nie tylko przez opozycję, ale także przez część obozu rządzącego, do którego sam należy. Minister wygłosił w stolicy Niemiec tezy rzekomo „zbyt odważne”, nie przedyskutowawszy ich uprzednio w kraju. Ale czy Sikorski istotnie powiedział na temat integracji europejskiej coś, co wychodziłoby poza dominujący  w Polsce dyskurs o Europie?

Co takiego powiedział Sikorski

Chociaż każdemu federaliście styl przemówienia, które wzywało Europę do jedności, a Niemcy do odpowiedzialności za europejski projekt, mógł przypaść do gustu, to jeśli odrzeć je z pięknie brzmiącego retorycznego naddatku, zostaniemy z dobrze znaną w Polsce receptę na integrację europejską: receptę neoliberalną. Sikorski wskazał bowiem na konieczność przestrzegania przez państwa członkowskie surowej dyscypliny finansowej, obowiązującej w UE od kilkunastu lat, a wzmocnionej przy okazji kryzysu zadłużeniowego, oraz na potrzebę ustanowienia i egzekwowania automatycznych sankcji, które byłyby nakładane na państwa łamiące ową dyscyplinę. Rolę swoistego „żandarma Europy” miałaby przypaść Niemcom, jako najsilniejszej gospodarce w UE. To nic nowego, Niemcy już tę rolę przyjęły w obliczu kryzysu zadłużeniowego, a Sikorski, zdaje się, chciał im tylko dodać determinacji w jej wypełnianiu.

Prawicowych krytyków ministra Sikorskiego rozsierdziły przede wszystkim dwie kwestie: chęć przekazania przez Polskę na szczebel unijny „części suwerenności” oraz usadowienie Niemiec w roli unijnego przywódcy. Polscy konserwatyści znani są z tego, że ich eurosceptycyzm objawia się najsilniej, gdy są w opozycji. Gdy tylko biorą odpowiedzialność za rządzenie, uczestniczą koniec końców w pogłębianiu integracji kontynentu, godząc się na „wyzbywanie się kolejnych części suwerenności”. Zaś antyniemiecka fobia polskiej prawicy nie pozwala jej spojrzeć na to, jakie kwestie minister Sikorski chciałby zastrzec w wyłączności dla rządów państw członkowskich: tożsamość narodowa, religia, styl życia, moralność publiczna, stawki podatku dochodowego i VAT. Jednocześnie Sikorski pogodziłby się z różnicami w obszarach prawa rodzinnego czy w regulacjach dotyczących czasu pracy.

Sikorskiemu zależy na podtrzymaniu funkcjonującego w Polsce konserwatywno-liberalnego status quo. Chodzi o kontynuację neoliberalnej drogi „rozwoju”, polegającej na prowadzeniu z pozycji peryferyjnej gospodarki „wyścigu na dno” z innymi państwami – konkurując niskimi podatkami i tanią siłą roboczą. Już nawet rządowa Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych zachęca w spocie reklamowym zagraniczny kapitał do inwestycji w Polsce ustami uśmiechniętej prezenterki, która przyznaje, że „tutaj praca jest tania, ponieważ płace rosną wolniej niż wydajność pracy”. Jednocześnie europejski projekt postrzegany jest jako wrogi, gdy zagraża „polskiej tożsamości” – a dzieje się tak, gdy sprzyja liberalizacji obyczajowej, np. dostępowi do aborcji, ochronie przed przemocą wobec kobiet, czy legalizacji związków par nieheteroseksualnych.

Ani za, ani przeciw

Debata europejska w Polsce zatrzymała się właściwie na etapie referendum akcesyjnego. Wyznacza ją ciągle pytanie: jesteś za Unią czy przeciw Unii? Mówiąc inaczej: jesteś euroentuzjastą czy eurosceptykiem? Tak postawione pytanie ruguje z debaty publicznej opcję, która powinna być reprezentowana przez wszystkie opcje progresywne, zwłaszcza w latach kryzysu. Chodzi o postawę alterunijną, której credo wyglądałoby następująco: tak, jestem za ideą Unii Europejskiej, za ideą pogłębiania integracji europejskiej, ale na innych zasadach niż w ostatnich kilkunastu latach.

Wymaga to porzucenia poparcia dla niemal wszystkiego, co robi Unia Europejska, udzielanego często w strachu przed wzrostem w siłę eurosceptyków. Opowieść o zjednoczonej Europie, w której narodowe interesy zbieżne są z jakimś bliżej nieokreślonym interesem całej wspólnoty, jest tak samo ideologiczna, jak fałszem podszyta nadzieja na krach „eurokołchozu”, którą przejawiać mają eurosceptycy.

Jednak w czasach kryzysu ta druga opowieść może wziąć górę. Dlatego trzeba się zastanowić, czy przyklaskiwanie wszystkim hasłom „więcej Europy!”, „więcej integracji!”, „więcej solidarności!” ma w aktualnej sytuacji sens. Może warto najpierw zapytać, jaka ma być ta Europa, ta integracja i ta solidarność? Czy mówimy tylko o wspólnym rynku i unii walutowej, czy o Europie wypełnionej treściami socjalnymi i ekologicznymi? Czy mówimy o integracji przeprowadzanej ponad głowami Europejek i Europejczyków, przede wszystkim w ramach współpracy międzyrządowej (w której dominują najsilniejsze państwa), przez podatną na lobbing Komisję Europejską, z niewybieralnymi bezpośrednio komisarzami, oraz z działającym w interesie kapitału, pozbawionym demokratycznej kontroli Europejskim Banku Centralnym? Czy raczej o integracji, w której Unia nabrałaby wreszcie demokratycznego charakteru, a jej treść odpowiadałaby interesom zwykłych obywatelek i obywateli? Czy ta solidarność miałaby dotyczyć głównie solidarnej redukcji deficytu przy pomocy prowadzającej do recesji polityki cięć budżetowych, czy może szłaby w stronę wspólnej odpowiedzialności za zadłużenie, harmonizacji polityki podatkowej i społecznej oraz uruchomienia znacznych funduszy na ekologiczną transformację gospodarki?

Racje eurosceptyków

Przed akcesją Polski do UE i krótko po niej nie było miejsca na postawę alterunijną. Spór ogniskował się wokół kwestii: wstępować do UE czy nie wstępować? Można było rozumować tak: chociaż nie wszystko w unijnym projekcie jest tak różowe, to na razie trzeba się wstrzymać z krytyką, bo lepiej najpierw znaleźć się we wspólnocie, a dopiero później włączyć się w jej przebudowę. Krytyka unijnych fundamentów mogłaby wzmocnić wpływy eurosceptyków i doprowadzić do negatywnego wyniku w referendum akcesyjnym. Ponadto, dyscyplinowana po 1989 r. przez międzynarodowe instytucje finansowe i Unię Europejską (w ramach negocjowania warunków akcesyjnych) zakompleksiona Polska nie miała dość siły, by przebudowywać Unię jeszcze przed akcesją. Inna sprawa, że nie miała na to ochoty, bo Unia była obiektem marzeń, do którego wkrótce mieliśmy dołączyć, stąd posłusznie wypełnialiśmy przepisywane nam z zewnątrz neoliberalne recepty.

Oznaczało to konieczność taktycznego sojuszu z wszelkiej maści euroentuzjastami. Teraz nadszedł jednak czas, kiedy trzeba na serio potraktować krytykę wysuwaną przez populistycznych eurosceptyków – nie dla demontażu UE, ale właśnie dla jej umocnienia. Krytyka niedostatku demokracji w UE, jakkolwiek obłudnie i nieszczerze brzmiąca w ustach prawicowych polityków o zapędach autorytarnych, czy nawet wzdychających za monarchią, nie jest przecież pozbawiona racji. Podobnie jak obawy co do siły duetu „Merkozy”, która ujawniła się w czasie kryzysowego zamętu, przyznając rację tym, którzy od początku twierdzili, że wpływ przewodniczącego Rady UE, Hermana van Rompuya, nazwiska którego przeciętny Europejczyk nie zna, podobnie jak mającej prowadzić europejską politykę zagraniczną Catherine Ashton, jest praktycznie żaden – w przeciwieństwie do znaczenia Merkel, Sarkozy’ego czy Camerona.

Prawicowi populiści nie mają oczywiście innego pomysłu na Unię Europejską. Będą nadal wskazywać kozły ofiarne kryzysu: „eurokołchoz”, rozrzutne rządy albo imigrantów. Nic dziwnego, że postępowym krytykom obecnego kształtu Unii Europejskiej takie towarzystwo może wydać się odstręczające. A jednak trzeba uznać zasadność niektórych zarzutów z prawej strony sceny politycznej, po to, by projektować inną Unię. Robienie dobrej miny do złej gry, oczekiwanie na przełom przy okazji kolejnego unijnego szczytu, prowadzi donikąd i oddaje pole eurosceptykom, grającym na społecznych lękach i frustracjach.

Oddolna integracja

Wydawało się, że zaczątkami postawy alterunijnej będą  rozkwitające na fali kryzysu ruchy społeczne. Inicjatywy takie jak marsz Oburzonych na Brukselę czy blokada kolejowych transportów odpadów radioaktywnych z Francji do Niemiec każą zastanowić się nad nowym modelem uprawiania europejskiej polityki – ponadnarodowym i oddolnym. Postawa alterunijna powinna charakteryzować się świadomością licznych, międzynarodowych współzależności. Walka o zachowanie niemieckiego modelu państwa dobrobytu, podczas gdy przyczynia się on do zadłużenia południowych państw strefy euro, protesty przeciw budowie elektrowni jądrowej w Polsce, gdy jednocześnie ignoruje się podobne plany na Litwie czy w Czechach, albo walka o uzwiązkowienie w szwedzkich korporacjach, ale tylko na terenie Szwecji – to wszystko strategie nieprzystające do dzisiejszych realiów. Postawa alterunijna miałaby przekraczać ich narodowe ograniczenia.

Klęska „starego federalizmu”

Brak takiej postawy na polskiej scenie politycznej widoczny był w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dwie partie głównego nurtu, które uchodzą za najbardziej proeuropejskie – postkomunistyczny Sojusz Lewicy Demokratycznej i koalicja Europa Plus Twój Ruch założona przez Janusza Palikota i byłego prezydenta kraju z obozu postkomunistycznego, Aleksandra Kwaśniewskiego – nie próbowały zaproponować alternatywnej wizji Unii Europejskiej. Podobnie jak rządząca Platforma Obywatelska, pokazywały Unię Europejską jako z gruntu pozytywny projekt, który dla Polski wiąże się ze zmianami cywilizacyjnymi: demokracją, prawami człowieka, rozwojem, dobrobytem, nowoczesnością.

Monopol na krytykę Unii mieli znów prawicowy eurosceptycy. O ile na Brukselę coraz przychylniejszym okiem patrzy prawicowe Prawo i Sprawiedliwość, które chce uchodzić za polityczne odpowiedzialne, to lejtmotywem swojej kampanii uczynił ją Janusz Korwin-Mikke. Powrót politycznego skandalisty z obrzeży polityki, na których funkcjonował przez ostatnich kilkanaście lat, zapowiadały już wybory prezydenckie w 2010 roku, w których Korwin-Mikke zajął czwarte miejsce. W eurowyborach – przy niskiej frekwencji (23,83%) jego Kongres Nowej Prawicy także uzyskał czwarty wynik (7,15%), zdobywając cztery mandaty. Klęskę poniosły za to projekty euroentuzjastów. SLD po raz kolejny nie przyciągnął do siebie nowych wyborców (9,44%), a wzmocniony znanymi politykami i celebrytami Twój Ruch nie przekroczył nawet 5-procentowego progu wyborczego (3,57%).

Nowe szaty eurosceptycyzmu

Elektorat Korwin-Mikkego nie pokrywa się z wyborcami populistycznych i eurosceptycznych partii z przeszłości. Wcześniej przeciwko Unii dali się mobilizować głównie przegrani na transformacji ustrojowej wyborcy słabo wykształceni, ze wsi i mniejszych miast, podatni na wpływ kościoła katolickiego. Na KNP zagłosowali zaś przede wszystkim młodzi ludzie, a zwłaszcza mężczyźni. Zestaw skrajnie wolnorynkowych postulatów, obyczajowego konserwatyzmu i totalnego odrzucenia Unii Europejskiej przemawia zwłaszcza do studentów (KNP zdecydowanie wygrywał prawybory organizowane na polskich uniwersytetach). I to pomimo tego – a może dzięki temu? – że Korwin-Mikke otwarcie używa haseł mizoginicznych, rasistowskich, antysemickich.

Rzut oka na wyniki eurowyborów w Polsce sugerowałby, że Polacy nie są gotowi „umierać za Brukselę”. Ponad 70% uprawnionych do głosowania wcale ze swojego prawa nie skorzystało. Prawie 2/3 z tych 30%, które poszło do urn, oddało głosy na dwie największe partie, które są wierne liberalno-konserwatywnej wizji Polski. Siła przekazu federalistycznego okazała się żadna. Zdolna do wyłomu była jedynie mobilizacja wokół eurosceptycznej oferty KNP. Kwestie, które wyznaczały debatę europejską w państwach „starej Unii” – kryzys zadłużeniowy, alternatywy wobec polityki cięć, regulacja sektora finansowego, zmiany w ustroju UE, zmiany klimatyczne – były niemal nieobecne w kampanii wyborczej prowadzonej przez partie parlamentarne.

Tematy te stały się elementem kampanii Partii Zieloni, która starała się pozytywnie rozumianą europejskość – kojarzoną z wysoką jakością życia – łączyć z nową wizją Europy, która wyłania się z aktywności ruchów społecznych: ekologicznego, pirackiego, feministycznego, horyzontalnej demokracji. Wobec wyśrubowanych wymogów prawnych, Zieloni nie zdołali wprawdzie zarejestrować list wyborczych w całym kraju, ale w pięciu okręgach wyborczych, w których startowali, mówili do wyborców nowym głosem.

Demokratyczna suwerenność poza terytorium i narodem

Odległość Polski do Unii Europejskiej ciągle wyznacza odległość Polski od Brukseli. Polacy przyzwyczaili się widzieć UE jako zewnętrznego arbitra, który bywa natarczywy, a nawet nadgorliwy, jeśli chodzi o wprowadzanie nowych regulacji, ale za to stanowi źródło funduszy strukturalnych, gwarancję ponadnarodowych swobód przepływu i bezpieczeństwa. Debatę o Europie ciągle wyznacza podziały „my” (Polacy) / „oni” (Europa). Po jednej stronie jest akceptacja dla współpracy obu członów relacji w ramach jednego bytu politycznego, po drugiej jego kwestionowanie w imię powrotu do narodowej suwerenności i współpracy międzyrządowej. O ile opcja eurosceptyczna – mimo sukcesu wyborczego Korwin-Mikkego – raczej nie ma szans na zwycięstwo, o tyle ani pragmatyczne, ani hurraoptymistyczne podejście do Unii Europejskiej rodem z kampanii proakcesyjnej nie przybliża Europy polskiemu społeczeństwu, a nie w sferze „realnej” (standardy życia), ani symbolicznej (europejska tożsamość).

Projekt alterfederalistyczny musi zaproponować rozwiązania, które legną u podstaw solidarnej Europy. Wspólna odpowiedzialność za emerytury, solidarne i sprawiedliwe podejście do transformacji ekologicznej, czy europejska minimalna – tylko równie ambitne i daleko idące rozwiązania mogą dodać federalistom wiatru w żagle. W ramach państw narodowych demokratyczna suwerenność wyznaczało wspólne terytorium i narodowość. Unia Europejska rozpływając granice między państwami narodowymi i otwierając przed narodami perspektywy mobilności tą demokratyczną suwerenność chcąc nie chcąc odbiera, podporządkowując społeczeństwa rynkom finansowym i rzekomo apolitycznym ciałom eksperckim. Wyzwanie polega na tym, by zyskując jedno, zachować drugie. Wypracować instrumenty progresywnej polityki na miarę przestrzeni przepływów.

Newsletter

Cookies on our website allow us to deliver better content by enhancing our understanding of what pages are visited. Data from cookies is stored anonymously and is never shared with third parties.

Find out more about our use of cookies in our privacy policy.